Dobre wieści dla czytelników

 

Wróciłam…

Umowa podpisana, nowa książka już w 1/3 gotowa, ukaże się w 2018 roku.

A jak skończę z tą nową, to zabieram się za Wrota 3.

Podatek – tomu drugiego nie ma i nie będzie, dla tęskniących za żabami * jest epilog dostępny na stronie;

Wrota 3 – w kolejce za nową*;

Załatwiaczka 2 – będzie, jest w odległych planach, czyli zacznę się nad nią zastanawiać tak mniej więcej za rok – na miejsce w arkuszu (tak, mam arkusz, a nawet Arkusz z Planem) jeszcze się nie załapała;

_______________
* Pisanie o niej per „nowa” mi nie pasuje, bo mam skojarzenia z Planetą Małp, a słowo daję, żadnej małpy tam – jeszcze – nie ma. A sama o nowej powieści myślę i mówię „książka o BHP” – bo zaczęło się od tego, siedziałam na wykładzie o skażeniach chemicznych i nagle spłynęła na mnie myśl odkrywcza i niepokojąca: czy taki dajmy na to sztylet ofiarny wystarczy po użyciu wrzucić na przykład do autoklawu, czy na wszelki wypadek lepiej jeszcze zdezynfekować na okoliczność obecności ektoplazmatycznej? I czy w ogóle ktoś takich przeciętnych kultystów uświadamia, że autoklaw to jest absolutnie niezbędny element każdego szanującego się i bezpieczeństwo swoich wyznawców miejsca kultu

Autor kontra dzieło kontra autor…

Na początek link do wpisu na blogu Kuby Ćwieka. Przeczytałam i poczułam potrzebę uzewnętrznienia się. A że blogasek ostatnio odłogiem leżał…

Zawsze (tzn. od chwili, kiedy na bazie doświadczeń własnych zdobytych z obu stron barykady doznałam olśnienia) twierdziłam, że to co zostało napisane (POV autora), a to co zostało przeczytane (POV czytelnika) to dwie zupełnie odrębne, a niekiedy wręcz niezależne od siebie sprawy – nawet jeśli chodzi o jedną książkę.

Przerobiłam to na własnych książkach. Od Czytelników dowiedziałam się, że bohater raz puszczony w świat wędruje po świecie sam i zawiera nowe przyjaźnie (albo robi sobie wrogów) z powodów, o jakie bym go/jej nigdy nie podejrzewała. Parę razy miałam wręcz ochotę rwać włosy z własnej osobistej głowy kiedy usłyszałam, jak sobie cholernik poczynał.

Ale cóż – wymyśliłam powieść/opowiadanie, wychowałam jak się dało, puściłam w świat. Było trzymać w szufladzie*, to nie było by kłopotu, a tak to już po ptokach.

Jeśli od kogoś słyszę, że spodobała się jemu/jej książka, to zwykle odpowiadam „to miło”, czy coś w tym stylu. Jeśli słyszę, że książka była do kitu, to mam ochotę odpowiedzieć to samo – w końcu ktoś zadał sobie trud, przeczytał, może nawet kasę wydał, wyrobił sobie zdanie. Konstruktywną krytykę i uwagi padające z obu końców osi upodobań, cenię, próby udowodnienia, że książka jest do dupy, bo „jakby była fabuła jak u X, a ten bohater byłby bardziej jak Y, to może było by lepiej, ale tak właściwie to ja w ogóle to nie lubię tego typu poczucia humoru”, subtelnie mówiąc olewam. Na samym początku bolały, tak samo jak bolała redakcja – jedno i drugie traktowałam jak zamach na własne święte dzieło. Cóż, z mrzonek wczesnoaŁtorskich się wyrasta, a skorupę można sobie wyhodować ;).

Na koniec przyznam, że egocentrycznie lubię dyskutować o własnych książkach – ciekawość mnie zwyczajnie zżera. Przede wszystkim badam szumy na kanale komunikacyjnym – z książką jest jak z głuchym telefonem, a zadaniem autora jest bezustanne udoskonalanie pośredników. Jeśli dowiem się, że coś zostało odebrane dokładnie tak, jak chciałam, to przyznaję bez bicia, puchnę z dumy i samozadowolenia. Jeśli czegoś nie udało mi się w ogóle przekazać, to trzeba łapać za śrubokręt i poprawiać krótkofalówkę.

Poza tym, jak wspomniałam, od Czytelników można się dowiedzieć zaskakujących rzeczy. Czasem dostrzegą (właściwie powinnam pisać: dostrzeżecie) coś, co mnie by umknęło, możliwość, którą warto rozwinąć, coś w danej postaci, co aż się prosi o głębszą eksploatację. Nigdy nie będę w stanie spojrzeć na to, co napisałam i stworzyłam jak ktoś stojący z zewnątrz.

Aktualnie (od dłuugiego czasu) mam na warsztacie Wrota 3. I przyznam, że jeden z wątków w trzecim tomie w ogóle by się nie pojawił, gdyby nie uwaga jednej z Czytelniczek. Kiedy przeczytałam, co mi napisała, najpierw się zdziwiłam. Potem zaczęłam zastanawiać. Wzięłam to pod uwagę czytając jeszcze raz tom 1 i 2** i uznałam, że właściwie to ona ma trochę racji…

 

*Archaiczna forma folderka w komputerze, w której kiedyś przechowywało się wypociny
**Szczęśliwi są pisarze, którzy pamiętają dokładnie, co wcześniej napisali – ja do nich nie należę, więc czytam swoje własne książki regularnie: żeby wiedzieć co piszę i żeby wiedzieć o co mnie na autorskich pytają.

 

P.S. A Hobbesa mam własnego, osobistego. I na pewno nie jest urojeniem, choć jak na pluszaka przystało, troszkę bywa milczący. Ale nie wątpię, że posiada nader skomplikowane życie wewnętrzne.

Jańcia i czerwonoarmista

Któregoś wieczora roku 1944 albo 1945, Jańcia z Myślakowic rozwiązywała zadania z matematyki. Nie sama, razem z nią nad równaniami głowił się żołnierz stacjonującej gdzieś w okolicy Armii Czerwonej. Często zaglądał do nich do domu, łaknąc pogawędki z ojcem Jańci, jedynym z nielicznych mówiących w okolicy po rosyjsku – 5 lat służby u cara zmusiło go do opanowania języka.

 

Żołnierz pochodził z Baku, zostawił tam dwóch synów, którzy zapewne tak jak Jańcia pilnie odrabiali zadane prace. Starszy chłopak miał szesnaście lat i czerwonoarmista zwierzył się ojcu dziewczyny, że marzy tylko o tym, żeby wojna się skończyła, zanim jego syna wcielą do wojska. On sam miał małe szanse na powrót do domu i dobrze o tym wiedział, ale niech chociaż syna to ominie…

 

Dziewczynka z Myślakowic co wieczór odrabiała zadania wybrane przez pana nauczyciela z wiejskiej szkoły, ponieważ umyślił on sobie, że wyśle kogoś ze swoich uczniów do nowo otwieranej szkoły średniej. Jego wybór padł na Felę, młodszą siostrę Jańci, ale wtrącił się najstarszy brat orzekając, że to Janka lepiej i szybciej się uczy.

 

Jańcia – choć formalnie nie skończyła szkoły podstawowej – została przez pana nauczyciela zapisana do szkoły średniej w Nowym Mieście, najprawdopodobniej na podstawie jakiegoś wystawionego przez pedagoga zaświadczenia. W 1945 roku skrupulatne przestrzeganie papierkologii nie miało, jak przypuszczam, sensu.

 

Zamieszkała u sióstr zakonnych i długo bała się odzywać na lekcjach, bo tam trzeba było mówić „po pańsku”, a nie tak jak w domu, gwarą. Miała szczęście trafić na nauczyciela z Warszawy, profesora Dawidsona, który doskonale wyłożył przestraszonym, nie do końca zorientowanym w meandrach matematyki uczniom podstawy.

 

To nie jest opowieść z początkiem i zakończeniem, ale zaledwie wycinek z życia. Usłyszałam wczoraj tę historię i postanowiłam, że tym razem zapiszę to, czego się dowiedziałam. Więcej – podzielę się tym ze światem, czy świat tego chce czy nie. Nie wiem co się stało z czerwonoarmistą. Nie wiem, jakie były wcześniejsze i dalsze losy pana Dawidsona – był warszawskim Żydem, więc pewnie i w trakcie wojny i potem przeżył niejedno. Jańcia skończyła szkołę średnią, potem szkołę dla nauczycieli, poślubiła kolegę z pracy, urodziła dwie córki, a po kilkudziesięciu latach wróciła na studia i zdobyła tytuł magistra.

 

Wczoraj przy wielkanocnym śniadaniu podzieliła się tą pocztówką ze swojego życia ze mną – swoją wnuczką. A ja uznałam, że trzeba o nich wszystkich – żołnierzu z Baku, profesorze z Warszawy i panu nauczycielu z Myślakowic – pamiętać.

Załatwiaczka 2 – wyjaśnienie

Będzie.

 

Nie mam pojęcia kiedy, bo pisanie tej książki z różnych powodów idzie mi jak po grudzie. Najpierw kłody pod nogi rzucały mi warunki zewnętrzne, teraz się męczę jak nieboskie stworzenie z przyczyn wewnętrznych, bo zwyczajnie tej baby nie lubię. I nie mam pojęcia od której strony ją ugryźć, żeby jej moim nielubieniem za bardzo nie skrzywdzić, ale też siebie przy pisaniu nie zamęczyć. Liczę, że pewnego dnia po prostu doznam iluminacji i od kopnięcia wena* wszystkie moje problemy znikną.

 

Ale drugi tom będzie. Pal licho podpisaną umowę, Czytelnikom jestem to winna.

 

Więc warczę i piszę. Co jakiś czas robię sobie przerwy na coś przyjemniejszego, co wydłuża co prawda proces powstawania Załatwiaczki, ale za to przynosi plon w postaci opowiadań i stanowi coś w rodzaju twórczego urlopu.

 

Obiecuję się spowiadać z postępów – w ramach motywowania samej siebie. :)

 

*Wenę płci żeńskiej zostawiam poetom tudzież pisarzom płci odmiennej od mojej.

Piekło i inni

(Science Fiction nr 12)

 

Żyłem, kochałem i cierpiałem z wami

A jak już umarliście, to radźcie sobie sami

 

 

Było ciemno. Odrobinę za ciemno, jeśli ktoś zapytałby Tomaszewskiego o zdanie. Wszyscy milczeli i rozglądali się nerwowo. Stali gdzieś, zbici w ciasną grupkę. Na pewno była tam podłoga. Może były też ściany, ale jakoś brakowało im odwagi, żeby wyciągnąć rękę przed siebie, w ciemność.

– Ale przecież my… – pierwsza odezwała się nieśmiało Adamkowa.

– No właśnie – odpowiedział ktoś głosem wrednego dyrektora szkoły, który właśnie znalazł dowód, że Iksiński i Ycinski z klasy trzeciej A (tak, chłopcy, do was mówię, od dawna miałem was na oku, wiedziałem, że coś się kroi, mój instynkt pedagoga nie zawiódł mnie kolejny raz) namalowali sprayem w sterylnie czystej łazience brzydkie słowo, i do tego z błędem ortograficznym.

Zapaliło się światło. Stali w pomieszczeniu recepcyjnym, o czystych jasnobłękitnych ścianach i takiej samej podłodze. Za nimi wisiała ciemność, uformowana w kształt mrocznego korytarza. Przed sobą widzieli eleganckie metalowe biurko z otwartym laptopem na blacie. Za biurkiem, na obrotowym krześle, siedział mężczyzna. Był ubrany w czerń, z subtelną, lekko sportową elegancją. Można było założyć, że każda ze sztuk garderoby – od czarnej koszuli, przez czarne dżinsy aż do butów i skarpetek, kosztowała więcej niż średnia krajowa. Mężczyzna miał też jasne włosy do ramion i przesunięte na koniec ostrego nosa okulary z prostokątnymi szkłami.

Łokcie oparł na stole, dłonie splótł na wysokości twarzy.

Continue reading „Piekło i inni”

Bestie

(Fahrenheit nr 69)

 

Muszę zapalić. Przez to wszystko wpadłam w cholerny nałóg. Teraz to już zupełnie wyglądam jak jakaś artystka alternatywna: rozczochrana, z obłędem w oczach, odpalająca jednego szluga od drugiego. I chuderlawa. Jedyny plus całej sprawy, schudłam dziesięć i pół kilogramów. No kurde, żadna dieta nie da ci tego, co zwidy i wariactwo – dobrze, że nikt mi tego nie powiedział, jak byłam młoda, głupia, pulchna i dwa miesiące żarłam zawiesinę z kapusty, jak nic specjalnie bym się w psychozę wpędziła, byle zmieścić się w 36.

Teraz już na szczęście, czy nieszczęście może, młoda, głupia i pulchna nie jestem. Jestem… no, starsza, chuda i psychiczna. Noż improvement aż dupę z żalu ściska.

Wszystko się zaczęło… No, w zasadzie od tego właśnie, że byłam głupia. Głupia z matmy, głupia z historii, tępa jak tłuczek do mięsa z chemii i fizyki. Za to niezła z polskiego i języków. Ślepy fart i Opatrzność wysłały mnie na właściwe studia, gdzie wyszlifowałam umiejętności i skończyłam jako tłumaczka. Książek, tak dla jasności. A dla jeszcze większej jasności, nazwanie niektórych tekstów, które tłumaczę, książkami, to zbytek łaski. Nie jestem ani tak dobra, ani tak ambitna, żeby brać się za Literaturę przez duże L. Literaturę przez L małe też rzadko tykam. Specjalizuję się w – uwaga, uwaga – grach komputerowych i fanfikach do tychże gier. O ile granie jeszcze mogę zrozumieć, to za Chiny nie łapię, po cholerę ktoś miałby czytać książkę opisującą grę. Ale co tam – nie będę darowanemu źródłu utrzymania w zęby zaglądać.

Ale wracając do ad remu: tłumaczyłam sobie radośnie te gry i fanfiki przez parę lat. Czasem trafiały się prawdziwe perełki, czasem gnioty straszliwe. Nie mnie oceniać, mnie to przełożyć z ichniego na nasze. Ale jakbym obojętnie do tego nie podchodziła, coś mi we łbie zostaje. Jakieś tam skrawki fabuły, nazewnictwo, obrazki…

Continue reading „Bestie”

Podatek: reaktywacja

 

– Żaby mówią, że lans to podstawa – oznajmił wodnik Ślipak, naciągając mocniej na twarz kaptur od bluzy. Strojem nie wyróżniał się specjalnie spośród siedzących przy stolikach ludzi, no może tylko miał pewne braki w zakresie wzrostu.

Nie miało to zresztą znaczenia, bo mało kto zwracał uwagę na bliźnich. Większość klientów niedawno otwartego centrum handlowego skupiała się na sklepach albo na jedzeniu nabytym w jednym ze znajdujących się na najwyższym piętrze barów.

Ślipiak właśnie tam siedział, rozparty na niewygodnej pseudokanapie, nad ogromną kanapką „ze wszystkim”. Naprzeciw niego, na zgrabnych i o wiele wygodniejszych od kanapy krzesłach siedzieli Jens i Monika, poborcy podatkowi. Oboje ubrani byli w niebieskie dżinsy, dziewczyna miała czarny żakiet z wpiętą maleńką stokrotką, mężczyzna czarną marynarkę. Już z daleka czuć ich było skarbówką, ale taką, z którą przeciętny człowiek z rzadka miał do czynienia. Rozmówcy wodnika pracowali dla tego DRUGIEGO Urzędu Skarbowego, i zamiast VATu, CITu i tym podobnych zajmowali się pobieraniem podatków od magii.

Continue reading „Podatek: reaktywacja”

Skąd odeszły bazyliszki

(Fahrenheit nr 56)

 

Rozmowa była trudna. Oczywiście Kruczka nie spodziewała się niczego innego. Takie rozmowy zasadniczo nie były łatwe. Nie przepadała za nimi, ale nie mogła na nie nic poradzić. Z bliżej nieznanych przyczyn kadrowym nigdy nie wystarczało CV, zawsze musieli zadawać głupie pytania.

Tak jak ten, który siedział teraz przed nią. Był pulchniutki, nabity w sobie i młody, w wieku Kruczki albo nawet młodszy. A może tylko tak wyglądał przez tę nadwagę. Okrągła twarz przywodziła na myśl chłopca rozpieszczanego przez babcie i ciocie, ale okrągłe paluszki, którymi ściskał CV Kruczki, sugerowały, że babcia była tylko jedna i wołali ją Jaga.

– A więc… – kadrowiec odchrząknął.

Kruczka od razu wiedziała, że ma do czynienia z nowicjuszem. Pewnie dopiero co zrobił magisterkę, a dyrekcja od razu go złapała i rzuciła na głębokie wody. Kruczka osobiście nie rozumiała, dlaczego starszyzna tak się podnieca trzema literkami przed nazwiskiem swoich pracowników. Nie rozumiała, ale zapisała się na studia zaoczne, choć uważała, że kwalifikacji, jakich wymaga jej zawód, nie można zdobyć na uniwersytecie. Niestety, to nie ona decydowała o polityce zatrudnienia firm, a jej profesja, chociaż rzadka i pożądana, nie zostawiała wielkiego wyboru co do potencjalnych pracodawców.

Jaś, jak go nazwała w myślach, zapatrzył się desperacko w jej CV, szukając punktu zaczepienia. O coś musiał przecież zapytać.

– A więc… zaczynała pani od jednorożców?

Continue reading „Skąd odeszły bazyliszki”