Podatek: reaktywacja

 

– Żaby mówią, że lans to podstawa – oznajmił wodnik Ślipak, naciągając mocniej na twarz kaptur od bluzy. Strojem nie wyróżniał się specjalnie spośród siedzących przy stolikach ludzi, no może tylko miał pewne braki w zakresie wzrostu.

Nie miało to zresztą znaczenia, bo mało kto zwracał uwagę na bliźnich. Większość klientów niedawno otwartego centrum handlowego skupiała się na sklepach albo na jedzeniu nabytym w jednym ze znajdujących się na najwyższym piętrze barów.

Ślipiak właśnie tam siedział, rozparty na niewygodnej pseudokanapie, nad ogromną kanapką „ze wszystkim”. Naprzeciw niego, na zgrabnych i o wiele wygodniejszych od kanapy krzesłach siedzieli Jens i Monika, poborcy podatkowi. Oboje ubrani byli w niebieskie dżinsy, dziewczyna miała czarny żakiet z wpiętą maleńką stokrotką, mężczyzna czarną marynarkę. Już z daleka czuć ich było skarbówką, ale taką, z którą przeciętny człowiek z rzadka miał do czynienia. Rozmówcy wodnika pracowali dla tego DRUGIEGO Urzędu Skarbowego, i zamiast VATu, CITu i tym podobnych zajmowali się pobieraniem podatków od magii.

Continue reading „Podatek: reaktywacja”

Posted in Bez kategorii

Skąd odeszły bazyliszki

(Fahrenheit nr 56)

 

Rozmowa była trudna. Oczywiście Kruczka nie spodziewała się niczego innego. Takie rozmowy zasadniczo nie były łatwe. Nie przepadała za nimi, ale nie mogła na nie nic poradzić. Z bliżej nieznanych przyczyn kadrowym nigdy nie wystarczało CV, zawsze musieli zadawać głupie pytania.

Tak jak ten, który siedział teraz przed nią. Był pulchniutki, nabity w sobie i młody, w wieku Kruczki albo nawet młodszy. A może tylko tak wyglądał przez tę nadwagę. Okrągła twarz przywodziła na myśl chłopca rozpieszczanego przez babcie i ciocie, ale okrągłe paluszki, którymi ściskał CV Kruczki, sugerowały, że babcia była tylko jedna i wołali ją Jaga.

– A więc… – kadrowiec odchrząknął.

Kruczka od razu wiedziała, że ma do czynienia z nowicjuszem. Pewnie dopiero co zrobił magisterkę, a dyrekcja od razu go złapała i rzuciła na głębokie wody. Kruczka osobiście nie rozumiała, dlaczego starszyzna tak się podnieca trzema literkami przed nazwiskiem swoich pracowników. Nie rozumiała, ale zapisała się na studia zaoczne, choć uważała, że kwalifikacji, jakich wymaga jej zawód, nie można zdobyć na uniwersytecie. Niestety, to nie ona decydowała o polityce zatrudnienia firm, a jej profesja, chociaż rzadka i pożądana, nie zostawiała wielkiego wyboru co do potencjalnych pracodawców.

Jaś, jak go nazwała w myślach, zapatrzył się desperacko w jej CV, szukając punktu zaczepienia. O coś musiał przecież zapytać.

– A więc… zaczynała pani od jednorożców?

Continue reading „Skąd odeszły bazyliszki”

Posted in Bez kategorii

Prawdziwa miłość

(Science Fiction nr 30)

 

Szał przychodził nocą, kiedy barona otaczała ciemność, zwodnicza, niebezpieczna, zbyt wiele obiecująca. Patrząc na księżyc i gwiazdy baron wył jak zwierzę, drapał ściany, rwał gobeliny. I niepomny na napomnienia wylęknionych kapłanów, składał przysięgi i wzywał moce ciemności na pomoc. Być może umarłby w swoim pięknym zamku, pośród pięknych rzeźb i drogich obrazów, gdyby nie odpowiedź jakiej udzielił mu mrok.

 

Odpowiedź przybyła do Isalastu prawie w samo południe. Przyjechała na kasztanowym koniu, który wyglądał na bardzo zmęczonego. Nie wzbudziła wielkiego zainteresowania, ale też nie przeszła nie zauważona. Do miasta przybywało wielu pielgrzymów, niektórzy zwyczajni, niektórzy pokręceni na wszystkie strony.

Przybyła nie wyglądała na pokręconą. Nawet w Isalaście widywano kobiety ubrane w męskie stroje, więc nikt na nią oczu nie wytrzeszczał. Jeśli wolą jej było chodzić w zielono-fioletowym kubraku i takich nogawicach, mieszkańcom było nic do tego. Mądrzy ludzie ocenili, że jej strój zbyt porządny jest na zbiega czy zbója, ale zbyt skromny jak na ekscentryczną arystokratkę. Siodło też miała skromne, zwyczajne, a koń wyglądał na starą chabetę, trzymaną raczej z sentymentu niż dla pożytku. Przy pasie, a był to zwykły pas, nie jakieś wymyślne cudo, miała chudą sakiewkę i krótki sztylecik. Nosiła tez miecz, który wydawał się zbyt wielki dla drobnej dziewczyny. Rękojeść miecza była ciasno przewiązana kolorową chustą, powiewającą na wietrze. Wiatr potargał też dziewczynie włosy, brązowe, przetyka pasemkami koloru czystego złota. Miała je krótko ścięte, tak że nie sięgały ramion, ale były wystarczająco długie, żeby ukryć jej twarz przed ciekawskimi spojrzeniami. Spomiędzy loków błyszczały brązowe oczy.

Continue reading „Prawdziwa miłość”

Posted in Bez kategorii

Zasady tajemnic

(Esensja nr 8(XXIX)/2003)

 

Deszcz siąpił niemiłosiernie, waląc kanonadą kropli w okiennice gospody. Co jakiś czas rozlegały się grzmoty, a przez szpary między deskami błyskało dzikie światło błyskawic. Klienci spożywali swoje posiłki, tocząc rozmowy półgłosem, jakby obawiali się, że burza usłyszy ich i wytropi. Przy stole w najdalszym kącie siedziały dwie osoby w płaszczach z kapturami, różniące się od pozostałych przede wszystkim rozmiarami. Większość klientów przypominała wielkością bardziej młode dobrze wypasione byczki niż ludzi. Dwójka pod ścianą wyglądała przy nich jak wychudzone krasnoludki.

Jedna z tych dwóch osób była trzynastoletnim piegowatym chłopcem, który burczał niezadowolony nad swoją miską gulaszu.

– Dlaczego ja nie mogłem iść popatrzeć sobie na wojnę? Tygrys chciał mnie zabrać. Dlaczego ja nie mogłem, a puściłaś Amadeusza? Przecież ja jestem bardziej odpowiedzialny. I wcale nie kapryszę ani nie broję. Ale mnie nie puściłaś. Założę się, że wiem dlaczego. Bo mógłbym się nabawić militaryzmu, heroizmu albo jakiegoś innego paskudnego choróbska, a Amadeusz będzie tylko wyrywał ludziom miecze i zakopywał je pod jakimś drzewem.

– To ma o wiele głębsze psychologiczne uzasadnienie – powiedziała siedząca naprzeciw niego dziewczyna. – Ale jeśli odjąć wszystkie fachowe wyrażenia, to w gruncie rzeczy masz rację.

Continue reading „Zasady tajemnic”

Łowy

(Esensja nr 7(XXIX)/2003)

 

Ach, jak wspaniale jest żyć

z antałka wino pić,

przemierzać cały świat,

nie zważać na upływ lat,

zobaczyć miejsc tysiące,

w nich panny z emocji drżące…

– Czy możecie się zamknąć? – poprosił Romboid Łowca Potworów znękanym głosem.

Trzech bardów jadących na osiołkach spojrzało na siebie, kiwnęło głowami i jednocześnie nabrało tchu.

Jak wiatr niesie wieść

przez wzgórz pasm sześć,

z ust nowinę wyrywa,

imię tak znane wzywa,

oto przybywa!

Romboid Łowca Potworów,

on ocali naaaaaaaaas…

– Nie chodzi mi o to, żebyście śpiewali o mnie – przerwał im Romboid. – Chcę żebyście w ogóle przestali śpiewać.

Trzej bardowie spojrzeli na niego podejrzliwie.

Continue reading „Łowy”

Laser Alladyna

(Esensja nr 7(XXIX)/2003)

 

Poprzez niezmierzone głębie przestrzeni kosmicznej leciał „Odkrywca”, najnowszy statek Zjednoczenia Planet, duma i oczko w głowie dowództwa floty. Gwiazdy jak zwykle świeciły, czasami jakaś kometa przelatywała, rozsądnie podążając w inną stronę, a kapitan „Odkrywcy” ponuro spoglądał w dno fiolki z tabletkami uspokajającymi najnowszej generacji. Od pewnego czasu medytacje przestały mu wystarczać i musiał sięgać po silniejsze metody wyciszenia. Zastanawiał się co zrobi, kiedy przestaną mu wystarczać środki farmakologiczne. Zawsze mógł się jeszcze upić, nawet jeśli było to całkowicie sprzeczne z jego naturą.

Jeszcze pół roku temu kapitan był świetnym oficerem, rozsądnym, szanowanym przez podwładnych, ostatnim okazem prawdziwego dżentelmena. Potem otrzymał wspaniałą szansę dowodzenia „Odkrywcą” i od tej chwili zdążył już nabawić się depresji, psychozy, lekoholizmu, pracoholizmu, a za zakrętem czekał alkoholizm.

Na początku wszystko zapowiadało się świetnie: zróżnicowana załoga, świetny statek, idealna harmonia gatunków, ras i płci. Wszyscy równi i zjednoczeni w misji odkrywania galaktyk. A potem okazało się, że oficer łącznościowy i jego podwładni mają skrzela i trzeba było zalać dla nich kilka pomieszczeń. Dwa dni później Tameranin pokłócił się z Rofinim o to, czy używanie trzeciej nogi przy grze w piłkę nożną jest zgodne z przepisami. Kucharz był Pinianinem i miał specyficzne poczucie smaku, a prawdę mówiąc nie miał go w ogóle. Jeden z mechaników, Imarin wzrostu siedemdziesięciu centymetrów, zaklinował się w dyszy silnika. Jeden z Bofarian zagapił się i jego ciało, będące w stanie ciekłym, rozpłynęło się po statku. Do dzisiaj wydłubywali go ze szczelin, żeby złożyć z powrotem. Główny mechanik, Txlit, w krytycznym momencie zaczął pączkować i przez krótki czas istniał w trzech osobach. Potem jeden z niego zdezerterował i podążył w ślad za pirackim statkiem „Pirania”, który akurat miał wakat na stanowisku mechanika.

Continue reading „Laser Alladyna”

Statystyka magii

(Esensja nr nr 10 (XXI)/2002)

 

Porządny rycerz powinien mieć tak ze dwa metry wzrostu, potężne bary, byczy kark, parę kilo muskułów poupychanych w różnych miejscach i możliwie olśniewającą aparycję. Takie elementy jak średnia inteligencja, mierne poczucie humoru, mania prześladowcza i romantyczne spojrzenie na świat nie zawsze są uwzględniane w opisach. Ale te cechy dotyczą każdego typowego rycerza.

Magowie powinni być egocentryczni, samolubni, natchnieni i żądni mocy. Powinni działać z rozmachem. Mało kto wspomina o oślim uporze i umyśle ściśle ścisłym. Ale prawie każdy mag taki jest.

Statystycznie rzecz biorąc statystyczny rycerz ma ze statystycznym magiem tyle wspólnego co butelka z kalafiorem.

Nie wszyscy wierzą w statystyki.

Musiałek lord Wężogrodu uważał je za mało istotny element krajobrazu. Rzecz jasna wiedział czym, mniej więcej, były i do czego, mniej więcej, służyły. Po prostu, gdy obmyślał fortel mający pomóc mu w dostaniu się do zamku wroga, wiedza o statystycznym powodzeniu tego typu przedsięwzięć niekoniecznie była mu niezbędna. Musiałek zgadzał się z twierdzeniem, że wiedza jest potęgą. Zwłaszcza, kiedy dotyczyła ona tajnych przejść do rzeczonego zamku.

Continue reading „Statystyka magii”

Kocha? Lubi? Szanuje???

(Esensja nr 9 (XXI)/2002)

 

Drzewa były zielone, łąki obsypały się kwiatami, a Herbert robił się niezadowolony. Miał zostać bohaterem, i to wyszkolonym przez samego boga wojny. Tylko że nauka odbiegała od oczekiwań, jakie sobie wyrobił na podstawie wysłuchiwanych od dzieciństwa legend. Miecze były za ciężkie, żeby mógł je podnieść, zbroje okazały się niewygodne, zwłaszcza kiedy trzeba było w nich walczyć. Kontakty z potworami ograniczały się do karmienia Amadeusza, przekonywania Amadeusza, że posągi nie są do jedzenia, mycia Amadeusza, kiedy się ubrudził i uciekania przed Amadeuszem, kiedy ten miał ochotę się bawić. W roli złych duchów, z którymi Herbert mógłby się zmagać, występował Syk, który w przerwach pomiędzy robieniem na złość mieszkańcom wioski chętnie grywał w karty. Gra w karty była zresztą umiejętnością, którą Herbert opanował najlepiej. Ale i tak Tygrys zawsze wygrywał. Czasami pojawiała się Iskierka, która oprócz Amadeusza zazwyczaj przywoziła ze sobą jakieś kłopoty. No i był jeszcze Stokrotka, który bardzo chętnie udzielał porad niezbędnych w życiu wojownika, jak: zawsze patrz, czy to na czym stoisz nie ma zębów, jeśli nie umiesz wystarczająco szybko zrzucić zbroi podczas ucieczki, to się naucz i podstawą walki jest świadomość, ze gdzieś są tylne drzwi, przez które możesz uciec.

Mimo to życie było bardzo ciekawe. Zwłaszcza w takie miłe, ciepłe poranki, kiedy Tygrys jeszcze spał, Amadeusza i Iskierki nie było, Stokrotka spędzał czas w jakimś spokojnym zamku, Syk gdzieś zniknął, a Herbert mógł w spokoju pójść na ryby, nie wysłuchując komentarzy, że to nie jest zajęcie dla wojownika, że to typowy objaw nieprzystosowania społecznego, albo że ryba ma za dużo ości i jedzenie jej jest ryzykowne. Nikt też nie próbował aportować jego wędki. Mógł spokojnie usiąść nad rzeką, nad którą mieszkańcy wioski bali się chodzić mówiąc, że tam straszy, wyciągnąć wędkę i rozkoszować się spokojem. Chwilowym, jak się zaraz okazało. Z pobliskich zarośli dochodziło coś jakby skrzekliwe buczenie. Herbert odłożył wędkę i podszedł do krzaków. Nie bał się. Był na to zbyt ciekawski, a poza tym zdążył się już przyzwyczaić do najdziwniejszych stworzeń i zdarzeń. Na przykład do smoków aportujących czarodziejskie kielichy.

Continue reading „Kocha? Lubi? Szanuje???”

(Nie)Szczęśliwy traf

(Esensja nr 8 (XX)/2002)

 

Przy drodze stało drzewo. Duże, stare i na wpół martwe. Biorąc pod uwagę, że droga przechodziła przez las, nie było w tym nic dziwnego. O wiele dziwniejsza była jedyna, poza gromadą korników, lokatorka tego drzewa. Miała około pół metra wzrostu, lekko wytrzeszczone oczy, dużo czerwonych piórek i chrypkę. Kiedyś była najpiękniejszą księżniczką w okolicy. Obecnie – zmarzniętą i lekko przeziębioną papugą.

Na drzewo zaczęły spadać pierwsze płatki śniegu. Papuga westchnęła zrezygnowana i schowała się do dziupli. O wiele rozsądniej zrobiłaby, przenosząc się w jakieś cieplejsze okolice, ale nie chciała zbytnio oddalać się od swojego zamku. Szczerze mówiąc, kilka dni temu oddaliła się na krótką wycieczkę po okolicy i od tej pory nie mogła znaleźć drogi powrotnej. Mimo, że była ptakiem, zachowała odpowiednia dla księżniczki orientację w terenie. Prościej mówiąc – żadną. W końcu księżniczki nie są od tego, żeby umieć trafić z powrotem do domu. Dlatego książęta zawsze doskonale dają sobie radę na nieznanych terytoriach… Ich zadaniem jest doprowadzić zagubione księżniczki do domu i, w miarę możliwości, ożenić się z nimi. Ale cóż począć. Niektóre księżniczki mają pecha.

Continue reading „(Nie)Szczęśliwy traf”

Wielka wyprawa małej Żaby

(Science Fiction nr 12)

 

Życie potrafi człowiekowi spłatać naprawdę paskudnego figla. Jestem tego żywym przykładem. Ot, żyłam sobie spokojnie w małej wiosce pod lasem, w której książęta tradycyjnie szukają sobie żon. Każda dziewczyna ma określone przeznaczenie. Albo ona, albo któraś z jej córek, wnuczek itd. zostanie królową i będzie miała syna, który przyjedzie do wioski po swoją żonę.

No i niby wszystko jest proste i jasne, ale ja zawsze miałam pecha. Jestem najmłodszą, trzynastą córką kowala. Moja matka miała straszne ambicje i koniecznie chciała, by któraś z jej córek została królową. Kiedy ja przyszłam na świat, była właśnie zajęta przygotowaniami do ślubu mojej najstarszej siostry z jakimś hrabią. Z tego wszystkiego zapomniała mnie nazwać, więc wszyscy wołali na mnie brzdąc albo żaba. I tak zostało. No więc na imię mam Żaba.

We wszystkich bajkach najmłodsze córki są zazwyczaj najpiękniejsze, najmilsze, najgospodarniejsze itd. Nic podobnego! Mam jasne włosy (to rodzinne), ale zamiast układać się w loki zawsze były proste, więc pewnego dnia matka postanowiła je zakręcić. Wezwała na pomoc wioskową czarownicę. Tak naprawdę to ona wcale nie jest czarownicą. Tylko udaje. Jedyne co umie przyrządzić to mikstura na przejedzenie i ta straszna maź, która miała zakręcić moje włosy. Efekt z tego taki, że teraz na głowie zamiast linii prostych mam kąty proste. Na początku czułam się trochę dziwnie, ale już się zdążyłam przyzwyczaić.

Mam też wielkie zielone oczy, tylko że one zamiast lśnić zielenią łąk i lasów przypominają dwa zamulone bajorka. Na samym środku mojej twarzy znalazł sobie miejsce zadarty, piegowaty nos. Jak widać nie lśni ode mnie blask nieziemskiej urody.

Continue reading „Wielka wyprawa małej Żaby”

Najwspanialsi z wspaniałych

(Fahrenheit i Fantazin)

 

Obrzydliwy potwór wypełzł z jaskini i jednym susem znalazł się na trakcie, zastępując drogę wędrowcom. Otworzył paszczę, ukazując kilka rzędów naprawdę ostrych kłów i ogromny, przypominający ruchliwego węża jęzor. Podróżni skamienieli ze strachu. Potwór ryknął. Kilkoro wędrowców rzuciło się do ucieczki, ucieczki z góry skazanej na niepowodzenie. Długi język bestii wystrzelił z paszczy i schwycił ich jak kilka much. Zguba była pewna, kiedy nagle spomiędzy drzew wyjechał galopem jeździec na spienionym śnieżnobiałym koniu. Nie zwalniając, wyciągnął miecz i odciął czubek języka potwora, wiążący ludzi. Monstrum zawyło z bólu. Jeździec zatrzymał konia na drugim końcu drogi. Zwierzę stanęło dęba, a rycerz uniósł w górę miecz, błyskając białymi zębami w szerokim uśmiechu. Kiedy koń stanął z powrotem na ziemi, jeździec wstrząsnął swoją wspaniałą blond czupryną, pogonił wierzchowca i zaszarżował na potwora. Kreatura cofnęła się, wystawiając szpony. Rycerz zaszczycił ją pogardliwym spojrzeniem i zadał kilka doskonale wymierzonych pchnięć, wciąż z triumfalnym uśmiechem na ustach. Bestia po chwili poddała się i kwicząc, uciekła z powrotem do swojej jamy.

Podróżni odważyli się odetchnąć. Patrzyli z podziwem na swojego wybawcę, który trwał na koniu w pozie posągowej. On rzucił im powalające spojrzenie absolutnie błękitnych oczu.

– Nie lękajcie się – powiedział aksamitnym głosem. – Bo żadna bestia nie jest wam już zagrożeniem. Ja, Monduel Mężny, stoję na straży niewinnych i bezbronnych. Bywajcie – wypiął pierś i zaprezentował rzymski profil. Jego koń zarżał i doskonale wypracowanym skokiem znalazł się między drzewami. Nie ucichł jeszcze tętent jego kopyt, gdy podróżni zaczęli wzdychać z zachwytu.

Continue reading „Najwspanialsi z wspaniałych”

Głupi człowieku

(Fahrenheit i Fantazin)

 

Tak, ty głupi miękkonosy, dalej tu jestem.

Możesz przestać biegać w tę i z powrotem po tym swoim śmiesznym gnieździe. Zachowujesz się jak Tybry’yx w czasie rui. Nie wiem czy porównując cię do tak szlachetnego stworzenia nie obrażam jego godności.

Leć, leć sobie gdzie chcesz. Tylko patrzeć jak ewolucja da ci skrzydełka, byś mógł szybciej przemieszać ten swój niekształtny korpus. Jak Wielka Bahina, której wyroki są niezbadane, mogła stworzyć coś tak pokracznego. W swym wielkim miłosierdziu umieściła cię z dala od swojego ludu, byśmy nie musieli cierpieć patrząc na ciebie.

Jakże ja cierpię przebywając z czymś tak podłym i nędznym jak ty. Jakież ciężkie jest życie odkrywcy. Oby w przyszłym wcieleniu Wielka Bahina i jej prorocy od XIV inkarnacji począwszy dali mi lepsze życie. Oby nie kazali mi już nigdy ciebie oglądać.

Po cóż walisz tymi patykami, które masz zamiast chwytniaków, w te przedmioty? Czy to ma być prymitywna muzyka, czy może forma komunikacji, bardziej zaawansowana niż ten gulgot, który z siebie wydajesz? Nie pluj na ścianę tego pojemnika, w którym mnie umieściłeś. Nie umiesz wydawać dźwięków nie brudząc wszystkiego wokół tym okropnym śluzem?

Na Wielką Ab’grhhk w jej XV inkarnacji, co robisz?! Skaleczysz się tym ostrzem! Jakiś ty nieporadny! Jak ktoś taki mógł w ogóle przeżyć i opanować cała planetę?

Uważaj! Nie wiem czemuż ja cię ostrzegam, ale twa bezradność i nielogiczność porusza moje zwoje. Jakiś ty nieporadny. Jak małe pisklę. I przy tym taki duży. Po cóż takiemu małemu móżdżkowi takie wielkie ciało? Przecież widzę, że z trudem nad nim panujesz. Aż dziw, że w ogóle jesteś w stanie stać na tylnych odnóżach i nie przewracasz się co krok. Czy jakiś wyższy gatunek nauczył cię takich sztuczek dla swojej rozrywki?

Continue reading „Głupi człowieku”