Archiwum dla: Pocztówki

Co można robić, kiedy nie ma prądu

Znaleźć świeczki (wszystkie dwie zapachowe) i zapałki.

Odkryć, że lampkę od czytnika da się zamontować na okapie.

Wyjrzeć przez okno na ciemny blok naprzeciwko.

Zmywać gary przy świecach (+200 do romantyczności).

Wsadzić resztę garów do zmywarki – prąd w końcu wróci.

Gotować rosół przy świecach (+100, jw.).

Wyjrzeć przez okno i policzyć świeczki w oknach ciemnego bloku naprzeciwko.

Zadzwonić do koleżanki zapytać czy ma prąd.

Pogapić się na rosół (oka w świetle świec +50, wiadomo do czego).

Odkryć, że na zewnątrz jest jaśniej niż w mieszkaniu.

Zadzwonić do drugiej koleżanki, zapytać co wie o braku prądu.

Stwierdzić, że w domu jest za mało świec, latarek i lampek od czytnika.

Wyjrzeć przez okno i poobserwować teatr cieni w oknach bloku naprzeciwko.

Wyjrzeć przez drugie okno i popatrzyć się na drzewa.

Zadzwonić do rodziny i poprosić, żeby znaleźli w necie numer do zakładu energetycznego albo pogotowia energetycznego.

Wykonać kilkadziesiąt telefonów na uzyskane numery – bez powodzenia.

Zrobić w myślach listę zakupów: dziesięć świeczek. Albo dwadzieścia.

Wyjrzeć przez okno na blok naprzeciwko i odkryć, że w bloku obok się świeci.

Przeklinać niesprawiedliwość, podłość i podstępność losu.

Uznać, że morda ze zdjęcia na ścianie w świetle świec wygląda co najmniej niepokojąco.

Przypomnieć sobie, że na zdjęciu jest nasza własna fizjonomia.

Pójść do łazienki ze świeczką, żeby się przejrzeć w lustrze.

Stwierdzić, że w świetle świecy trzymanej przed twarzą nie wygląda się atrakcyjnie.

Pożałować, że nie ma nikogo w domu i nie można pobawić się w upiora.

Rozważyć czatowanie ze świeczką przy drzwiach i wyskakiwanie na klatkę z gromkim „UUUUU”, jak tylko będzie słychać, że ktoś idzie.

Wykorzystać lampkę do czytnika zgodnie z przeznaczeniem.

Po czterech godzinach bezprądowia poddać się i iść spać.

Kiedy pięć minut później prąd wróci, powiedzieć mu, że teraz to ma się go gdzieś i odwrócić się na drugi bok.

Misiu

Małpy to ściema.

 

Być może część ludzkości rzeczywiście od nich pochodzi, ale nie ja. Zawsze to podejrzewałam, a otoczenie tylko mnie w tym utwierdzało, że wspomnę chociażby panią magister na ćwiczeniach o ósmej rano („pani Mileno, ja bardzo przepraszam, ale ja muszę to pani powiedzieć, bo nie wytrzymam, niech się pani nie obrazi – jak pani taka zaspana siedzi, to wygląda pani jak naćpany miś koala”).

 

Od paru tygodni wiem na pewno – moja linia wyewoluowała od niedźwiedzi. I to niedźwiedzi nie byle jakich, ale Misiów-Zapadających-W-Sen-Zimowy.

 

Sama nie wiem, jak mogłam wcześniej przeoczyć znaki: nie lubię, kiedy słońce chowa się za chmurami, poziom mojego niechciejstwa rośnie wprost proporcjonalnie do gęstnienia mroku za oknem, a wstawanie o poranku – a właściwie przed porankiem, bo o tej nieludzkiej porze nawet ranki jeszcze śpią – mogłabym o tym epopeję napisać, albo przynajmniej balladę. Pełna byłaby rymów takich jak: cierpienie-kamienie, niechętne wstawanie – powiek łomem podważanie i innych, równie błyskotliwych. To wszystko sprawka moich misiu-genów, które dotąd najwyraźniej pozostawiały – nomen omen – uśpione.

 

Ostatnio najwyraźniej się obudziły i nie są z tego zadowolone. Mogę sobie wyobrazić, jak załamują łapy – „kobieto” – jęczą – „cóż ty czynisz, czemu nie śpisz, twoi misiu przodkowie by się w gawrze spod kołdry rozkopali”.

 

No i tu niestety upiorna wyobraźnia (© Joanna Chmielewska) trochę mi psuje piękny wywód, bo jest wiele innych rzeczy, które czynię, a które misiu-przodków by zapewne zdegustowały. Co najmniej.

 

Jem mięso poddane obróbce cieplnej. Przedkładam morze nad góry i miasta nad łono natury. Staram się jak mogę nie gromadzić tłuszczu (i na sobie i w lodówce). Lubię towarzystwo. Uważam gawry za niehigieniczne. Na widok larw uciekam, zamiast delektować się frykasikiem. I w ogóle jak na misia to jestem strasznie niewyrośnięta i marniutka z postury.

 

Jestem bardzo wyrodną potomkinią misiów. Moje misiu-geny zawiodły i zmutowały na wszystkich frontach, poza jednym.

 

Sen zimowy – zwłaszcza, gdy za oknem jest taka niezdecydowana jesienno-zimo-paskuda – wydaje mi się ciągle bardzo atrakcyjną opcją.

 

 

 

Pocztówka ze styczniowego przedwiośnia

Rano widzę w oknach i na balkonach rozświetlone dekoracje świąteczne… a w moim oknie zamiast dekoracji – termometr. A na nim 8 stopni. Plus 8 stopni.

Dziś prawie podskoczyłam, gdy w szyby zabębnił deszcz. Odzwyczaiłam się od tego dźwięku, nie pamiętam, kiedy ostatnio go słyszałam – chyba latem. Chociaż to lato też takie niespecjalnie letnie było.

Pogoda zwariowała, pory roku zwariowały, ludzkość się tylko jako tako trzyma, z tym że nie na pewno.

Oczywiście to wszystko robota Majów (albo Azteków, zapomniałam, komu się kamienie na 2012 skończył).

Zapewne Majowie (albo Aztekowie) mają coś wspólnego z pewnym opowiadaniem pewnej niżej podpisanej pisarki i pewną antologią. Wszystkie znaki na niebie, ziemi i kamiennych kalendarzach wskazują na to, że ukaże się ona właśnie w 2012.

I tak, całą tę notkę popełniłam w ramach uroczystego wstępu do powyższej zapowiedzi. I żeby reaktywować blogaska, którego, skupiając wpierw na chorowaniu, a potem na „robieniu Świąt”* skandalicznie zaniedbałam.

 

*W następnym odcinku – przepis na paszteciki. Albo na śledzia. Albo na jedno i drugie.

Pocztówka z Lublina

Tegoroczny wyjazd na Falkon, tak samo zresztą jak poprzedni, był wycieczko konwentowo-towarzysko-rodzinno-nostalgiczną. Konwentową, bo po raz kolejny miałam przyjemność gościć na lubelskim konwencie i spotkać się z Czytelnikami (specjalnie pozdrowienia dla Jarka i całej jego rodziny), towarzyską – bo mogłam zamienić chociaż kilka słów z ludźmi, których nie widziałam od ostatniego konwentu, albo nawet dłużej, a rodzinno-nostalgiczną – bo Lublin to moje miasto, moi bliscy i dwadzieścia sześć lat mojego życia.

Jestem niedobrym uczestnikiem konwentu, ba, zawsze byłam, bo nad warstwę intelektualno-literacką zawsze przedkładałam warstwę towarzyską. W tym roku w szkole konwentowej spędziłam trochę ponad dwie godziny, na dyżurze autorskim i na spotkaniu, którego główną atrakcją byłam ja sama. Potem uciekłam do Traktu Królewskiego, ścigana obrazem długich, wąskich poduszek z wizerunkami mocno obdarzonych w regionach napierśnych dzieweczek z mang wszelakich. Jedna z dzieweczek nie miała głowy, za to z ramion wyrastał jej gustowny kikut kręgosłupa (głowa była na osobnej poduszce, gdyby ktoś jednak chciał się i do niej przytulić). Nie wiem co było gorsze – miłośnik mangi, który próbował wyjaśnić Shenrze i mnie głębię fabularną kryjącą się za dekapitacją dziewoi, czy Kasiek, która wpadła na pomysł zastąpienia tym dziełem poduszki dla ciężarnych, ponoć mającej zbliżone wymiary.

Trakt Królewski zdecydowanie nie dorósł do swojej nazwy, do tego zafundował mi coś, czego oszczędziło mi przy tym wyjeździe PKP – przeziębienie. Na szczęście towarzystwo, jak to zwykle na konwentach – nie tylko lubelskich – bywa, było znakomite.

Sobotę spędziłam niemal wyłącznie rodzinie i nostalgicznie – dałam się wyściskać babciom i dziadkowi, poszłam na spacer z psem, zjadłam tradycjne falkonowe sushi (niestety w tym roku żadna z moich partnerek do pojedynku wasabi nie zawitała na konwent) i przeszłam się po centrum miasta, już trochę zagubiona, bo chociaż wyprowadziłam się ledwie dwa lata temu, to Lublin przy każdych odwiedzinach czymś mnie zaskakuje. Znikają znajome szyldy, tu się coś buduje, tam coś rozbierają – a ja mam wrażenie, że ktoś mi podstępnie dekonstruuje moją zapamiętaną rzeczywistość i odbiera to co moje. Dziwne uczucie, zwłaszcza, że z całego serca życzę miastu, żeby się rozwijało, rosło i wykorzystywało swój potencjał, ale nic nie poradzę na to, że tęsknię. I chociaż wyjeżdżając wiedziałam, że wracam do domu, to jednak za sobą zostawiałam też swój dom – pół roku po wyprowadzce z Lublina zaczęłam cierpieć na coś, co można z lekką przesadą nazwać schizofrenią lokalizacyjną i nic nie wskazuje na to, żeby miało mi to kiedykolwiek minąć.