Jaki(a) bohater(ka), taki quest.
Moim jest szarlotka. Nie byle jaka, bo idealna. Chwilowo pierwsze miejsce w tej kategorii zajmuje szarlotka mojej Mamy i owszem, mogłabym pójść na łatwiznę i wziąć od niej przepis, ale ambicja – przynajmniej moja – niekiedy odzywa się w najbardziej zaskakujących sytuacjach. Chcę mieć własną wersję szarlotki idealnej.
Wypróbowałam już przepis na Misiankową szarlotkę – bardzo dobra, ale nie idealna. No i niestety, wychodzi tylko z antonówkami albo szarą renetą, inne jabłka za bardzo puszczają sok.
Szarlotka spod samiuśkich Tater wyglądała pięknie na zdjęciach, ale jak dla mnie zdecydowanie przerost formy nad treścią, chociaż jabłka siekał za mnie wierny robot.
Do kolejnego pieczenia wybrałam wczoraj ten przepis (zamiast śmietany dałam jogurt, do jabłek nie wsypałam cynamonu, bo akurat wybył, a mnie się nie chciało już iść do sklepu).
I chyba jak na razie ta szarlotka wygrywa – nie jest idealna, ale już prawie. Modyfikacji wymaga przepis na ciasto – za dużo tych żółtek, mimo że wrzuciłam je do zamrażalnika lepiło się niemiłosiernie i o starciu go na wierzch nie było nawet co marzyć (poczeka w chłodzie na swoje pięć minut, a raczej godzinkę w piekarniku). Zastosowałam więc plan B - ubiłam (a właściwie wierny giermek robot ubijał, a ja go dopingowałam) białka pozostałe po oddzieleniu żółtek na sztywną pianą (oczywiście z cukrem) i rozsmarowałam na jabłkach. Wyszło jak na zdjęciu: cieniutki paseczek ciasta, duuuużo jabłek i cienki paseczek pianki na górze. Wada: na ciepło traci walory wizualne, tzn. jabłka wyciekają. Zalety: smak.
P.S. Żaden smok nie ucierpiał z przejedzenia przy przygotowywaniu tego posta. Co do ludzi – jeszcze nie wiadomo, konsumpcja trwa.
