Archiwum dla: Kuchennie

W poszukiwaniu szarlotki idealnej

Jaki(a) bohater(ka), taki quest.

 

Moim jest szarlotka. Nie byle jaka, bo idealna. Chwilowo pierwsze miejsce w tej kategorii zajmuje szarlotka mojej Mamy i owszem, mogłabym pójść na łatwiznę i wziąć od niej przepis, ale ambicja – przynajmniej moja – niekiedy odzywa się w najbardziej zaskakujących sytuacjach. Chcę mieć własną wersję szarlotki idealnej.

 

Wypróbowałam już przepis na Misiankową szarlotkę – bardzo dobra, ale nie idealna. No i niestety, wychodzi tylko z antonówkami albo szarą renetą, inne jabłka za bardzo puszczają sok.

 

Szarlotka spod samiuśkich Tater wyglądała pięknie na zdjęciach, ale jak dla mnie zdecydowanie przerost formy nad treścią, chociaż jabłka siekał za mnie wierny robot.

 

Do kolejnego pieczenia wybrałam wczoraj ten przepis (zamiast śmietany dałam jogurt, do jabłek nie wsypałam cynamonu, bo akurat wybył, a mnie się nie chciało już iść do sklepu). Tu powinno być zdjęcie szarlotki prawie idealnej I chyba jak na razie ta szarlotka wygrywa – nie jest idealna, ale już prawie. Modyfikacji wymaga przepis na ciasto – za dużo tych żółtek, mimo że wrzuciłam je do zamrażalnika lepiło się niemiłosiernie i o starciu go na wierzch nie było nawet co marzyć (poczeka w chłodzie na swoje pięć minut, a raczej godzinkę w piekarniku). Zastosowałam więc plan B -  ubiłam (a właściwie  wierny giermek robot ubijał, a ja go dopingowałam) białka pozostałe po oddzieleniu żółtek na sztywną pianą (oczywiście z cukrem) i rozsmarowałam na jabłkach. Wyszło jak na zdjęciu: cieniutki paseczek ciasta, duuuużo jabłek i cienki paseczek pianki na górze. Wada: na ciepło traci walory wizualne, tzn. jabłka wyciekają. Zalety: smak.

 

P.S. Żaden smok nie ucierpiał z przejedzenia przy przygotowywaniu tego posta. Co do ludzi – jeszcze nie wiadomo, konsumpcja trwa.

 

Muffinki, wersja podstawowa

W zeszłym tygodniu zrobiłam paszteciki specjalnie po to, żeby Osobisty Narzeczony je ładnie obfotografował – miałabym wtedy ładny załącznik do wpisu z przepisem.

I figa. We wtorek fotograf zdjęć nie wykonał, w środę się zdziwił – paszteciki zniknęły, a on jako żywo nie pamiętał, żeby je wszystkie zjadał.

Nic dziwnego, bo pożarłam je ja, popijając jedynym słusznym barszczykiem z firmy na K.

 

Tu powinno być zdjęcie muffinków.

Na szczęście gotuję nałogowo i czasem domagam się uwiecznienia wytworów własnych na zdjęciach, głównie w celu pochwalenia się na FB. Największej ilości zdjęć doczekały się muffinki, bo je produkuję nagminnie w ilościach znacznych. Uwielbiam je za to jak smakują i za to, że mogę je zrobić w 15 minut, ba, nawet 10 minut, brudząc przy tym tylko dwa naczynia i jedną łyżkę.

Przepis podstawowy, kompilacja własna powstała w drodze wertowania internetu i eksperymentów:

 

Składniki suche

250 gram mąki

jeśli muffinki mają być na słodko – 80-100 gram cukru (ilość zmienna, zależy od tego, jak słodkie są pozostałe składniki)

2 łyżeczki proszku do pieczenia

dowolne przyprawy

 

Składniki mokre

2 jajka

pół szklanki oleju

pół szklanki czegoś mokrego – może to być dżem, byle nie za ciężki (np. morelowy się nie nadaje), jogurt naturalny bądź owocowy, jogurt plus sok, zgniecione banany

 

Mokre mieszamy z mokrymi, suche z suchymi, mokre do suchych, wymieszać i do foremek (polecam silikonowe, nie trzeba papilotek, ciastka łatwo wyjąć, a foremki lubią zmywarkę).

 

Przepis jest bazą, na której uprawiać dowolne wariacje, byleby mniej więcej zgadzały się proporcje suchych do mokrych.

Na zdjęciu wersja na słodko, z dżemem śliwkowo-jabłkowym od Mamy.