Archive for Kuchennie

Szedariadowe muffinki pizzowe

Składniki suche:

250 gram mąki

2 łyżeczki proszku do pieczenia

ok. 100 gram posiekanego drobno salami

ok. 100 gram startego żółtego sera

przyprawy: suszone pomidory, czosnek, bazylia

 

Składniki mokre:

2 jajka

1/2 szklanki oleju

1-1,5 kubka jogurtu naturalnego

 

_mas2010bigaSuche składniki mieszamy z suchymi, mokre z mokrymi, na koniec mokre dodajemy do suchych. Ciasto powinno mieć konsystencję, wybaczcie moje mało wyrafinowane określenie, gęstej brei. Takiej, żeby łyżka nie stawała, ale się mocno chwiała. Jeśli staje, należy dodać więcej jogurtu, jeśli pada całkiem, trzeba dosypać mąki.

 

Gotowe ciasto przekładamy do foremek i wstawiamy do piekarnika nagrzanego na ok. 180°C (sama, przyznaję, nigdy nie pamiętam, czy to powinno być 160 czy 200, więc piekę w takiej, jaką akurat ustawię – to jest właśnie w muffinkach cudowne, wychodzą niezależnie od nonszalancji i zapominalstwa przygotowującej) na ok. 15-20 minut.

 

Wyciągamy z piekarnika i tłumaczymy wygłodniałym konwentowiczom, że jeśli zaczekają chwilę, aż ciasto i foremki wystygną, to się nie poparzą. Przyjmujemy do wiadomości, że nie takim przeciwnościom losu konwentowicze stawiali już czoła i patrzymy, jak muffinki znikają. Spóźnialskich informujemy, że następna okazja do spożycia muffinków szedariadowych dopiero za rok albo w dowolnie wybranej chwili, pod warunkiem, że zrobi się je już własnymi rączkami i we własnej kuchni.

Nie nadaję się na blogerkę…

… „systematyczne” aktualizacje bloga mówią same za siebie.

Spragnionych częstszych kontaktów z niżej podpisaną zapraszam na profil autorski na FB, w przeciwieństwie do blogaska fejs jest urzekająco łatwym narzędziem komunikacji (chciałam wrzucić odpowiednią linkę, ale o ironio, Facebook się właśnie zbiesił i zwiesił).

 

Zamiast linki będzie przepis na sałatkę, też urzekająco łatwy.

Tu powinno być zdjęcie pożywienia

 

Składniki:

sałata lodowa,

pomarańcza,

camembert,

słonecznik.

 

Sos:

sok z pomarańczy,

ocet malinowy,

oliwa/olej – co akurat jest pod ręką.

 

 

Proporcji nie podaję, bo w kuchni żarliwie praktykuję „naoczyzm”.

 

Patrząc na zdjęcie powyżej można się naocznie przekonać, jak wygląda w/w sałatka o wpół do siódmej rano. W żółtym pudełeczku dressing, w charakterze zagryzki jabłko. Jak tak na to patrzę, to dochodzę do wniosku, że smykałki do fotografowania potraw raczej nie mam – ale potem sobie przypominam, że to było WPÓŁ_DO_SIÓDMEJ_RANO i w zasadzie muszę być genialna, skoro udało mi się wycelować właściwą stroną telefonu w modela.

 

 

 

Meksykański bigos

… czyli chili con carne.

 

Są potrawy, które wymagają stania nad nimi, wydziwiania, dopieszczania. Są takie, które prawie robią się same, a do tego najlepiej smakują odgrzewane następnego dnia. Chili con carne należy do tej drugiej grupy.

 

Poniższy przepis jest raczej wariacją  powstałą na bazie x przepisów z sieci i doświadczeń własnych. Do tego chili ma to do siebie, że (prawie) wszystko zniesie i przyjmie, a ja gotuję „na oko”. Nie wg przepisu, nie na smak (nie lubię próbować w trakcie gotowania), tylko stosując miarkę wizualną.

 

Składniki:

1/2 kg mięsa mielonego (preferuję wieprzowinę)

1/3 litra wody (ilość wody zależy od „wodnistości” pomidorów)

3 cebule (białe, czerwone, jakie akurat są na stanie)

1 puszka pomidorów (zmiksowanych w blenderze)

1 puszka czerwonej fasoli

1 puszka kukurydzy (opcjonalnie)

1-2 kostki gorzkiej czekolady (opcjonalnie)

Tu powinno być zdjęcie przypraw

Przyprawy (w kolejności od tych, których daję najwięcej):

  • papryka (ostra/łagodna albo jedna i druga)
  • pieprz (ziołowy, czarny, zależy jak akurat mam pod ręką)
  • cynamon (co najmniej 1 łyżeczka)
  • imbir
  • czosnek (jeśli świeży, to dodawać razem z cebulą, jeśli suszony, to razem z resztą przypraw)
  • kmin rzymski
  • bazylia

Tu powinno być zdjęcie

 

Posiekaną w kostkę cebulę należy przysmażyć w garnku na oleju, dodać mięso, też podsmażyć, wymieszać z przyprawami, zalać wodą i dusić. Po mniej więcej godzinie dodać fasolę i pomidory (plus ewentualnie kukurydzę), dalej dusić aż zgęstnieje. Pod koniec gotowania można dodać czekoladę dla podbicia smaku.

 

Sposób podania dowolny, u nas obowiązuje wersja z serem i śmietaną/jogurtem naturalnym, ewentualnie z tortillą.

 

Gotowe chili con carne nie jest specjalnie fotogeniczne (chociaż nie umywa się do pasty z bakłażana, którą dzisiaj obfotografowywałam), dlatego na powyższym zdjęciu robi za tło.

 

Tu powinno być zdjęcieJak już wcześniej pisałam, najlepsze jest na drugi dzień, osobiście lubię je też na zimno – na zdjęciu obok jako pasta do krakersów w pudełku z lanczykiem do pracy.

 

PS. W końcu spodobało mi się robienie zdjęć potrawom, pewnie potrwa z pół roku, zanim dojdę do jako-takiego poziomu, ale od czegoś trzeba zacząć.

 

 

Muffinki pomarańczowo-imbirowe

Tu powinno być zdjęcie muffinków.Wczorajsza kompozycja pod tytułem: mam w szafce dżem, mam świeży imbir, mam nowe śliczne tycie foremki (małe muffinki zniknęły najszybciej, bo zabrałam je na koncert, na zdjęcie załapią się może następnym razem).

 

Muffinki wyszły trochę lepkie i nie dało się ich wyciągnąć z foremek tak łatwo jak zazwyczaj (parę się nawet rozpadło), ale smakowały bosko.

 

Suche:

25 dkg mąki

10 dkg cukru

2 łyżeczki proszku do pieczenia

2 cm kawałek świeżego imbiru, starty na tarce o drobych

1 opakowanie kandyzowanej skórki pomarańczowej lub cytrynowej

 

Mokre:

2 jajka

1/2 łyżki oleju

1 kopiasta łyżka jogurtu naturalnego

1/2 słoika dżemu pomarańczowego (mnie najbardziej odpowiada pomarańczowo-cytrynowo-imbirowy sprzedawany w Lidlu podczas Tygodnia Brytyjskiego, czy jak się to zwie)

 

Potem tradycyjnie: suche mieszamy, mokre mieszamy, mokre wlewamy do suchych i mieszamy, pieczemy w 200 stopniach około 15-20 minut (czas zależy od piekarnika).

 

Konsumujemy w niedzielne poranki nadstawiając twarz do słońca, które wreszcie raczyło wziąć się do roboty.

W poszukiwaniu szarlotki idealnej

Jaki(a) bohater(ka), taki quest.

 

Moim jest szarlotka. Nie byle jaka, bo idealna. Chwilowo pierwsze miejsce w tej kategorii zajmuje szarlotka mojej Mamy i owszem, mogłabym pójść na łatwiznę i wziąć od niej przepis, ale ambicja – przynajmniej moja – niekiedy odzywa się w najbardziej zaskakujących sytuacjach. Chcę mieć własną wersję szarlotki idealnej.

 

Wypróbowałam już przepis na Misiankową szarlotkę – bardzo dobra, ale nie idealna. No i niestety, wychodzi tylko z antonówkami albo szarą renetą, inne jabłka za bardzo puszczają sok.

 

Szarlotka spod samiuśkich Tater wyglądała pięknie na zdjęciach, ale jak dla mnie zdecydowanie przerost formy nad treścią, chociaż jabłka siekał za mnie wierny robot.

 

Do kolejnego pieczenia wybrałam wczoraj ten przepis (zamiast śmietany dałam jogurt, do jabłek nie wsypałam cynamonu, bo akurat wybył, a mnie się nie chciało już iść do sklepu). Tu powinno być zdjęcie szarlotki prawie idealnej I chyba jak na razie ta szarlotka wygrywa – nie jest idealna, ale już prawie. Modyfikacji wymaga przepis na ciasto – za dużo tych żółtek, mimo że wrzuciłam je do zamrażalnika lepiło się niemiłosiernie i o starciu go na wierzch nie było nawet co marzyć (poczeka w chłodzie na swoje pięć minut, a raczej godzinkę w piekarniku). Zastosowałam więc plan B –  ubiłam (a właściwie  wierny giermek robot ubijał, a ja go dopingowałam) białka pozostałe po oddzieleniu żółtek na sztywną pianą (oczywiście z cukrem) i rozsmarowałam na jabłkach. Wyszło jak na zdjęciu: cieniutki paseczek ciasta, duuuużo jabłek i cienki paseczek pianki na górze. Wada: na ciepło traci walory wizualne, tzn. jabłka wyciekają. Zalety: smak.

 

P.S. Żaden smok nie ucierpiał z przejedzenia przy przygotowywaniu tego posta. Co do ludzi – jeszcze nie wiadomo, konsumpcja trwa.

 

Muffinki, wersja podstawowa

W zeszłym tygodniu zrobiłam paszteciki specjalnie po to, żeby Osobisty Narzeczony je ładnie obfotografował – miałabym wtedy ładny załącznik do wpisu z przepisem.

I figa. We wtorek fotograf zdjęć nie wykonał, w środę się zdziwił – paszteciki zniknęły, a on jako żywo nie pamiętał, żeby je wszystkie zjadał.

Nic dziwnego, bo pożarłam je ja, popijając jedynym słusznym barszczykiem z firmy na K.

 

Tu powinno być zdjęcie muffinków.

Na szczęście gotuję nałogowo i czasem domagam się uwiecznienia wytworów własnych na zdjęciach, głównie w celu pochwalenia się na FB. Największej ilości zdjęć doczekały się muffinki, bo je produkuję nagminnie w ilościach znacznych. Uwielbiam je za to jak smakują i za to, że mogę je zrobić w 15 minut, ba, nawet 10 minut, brudząc przy tym tylko dwa naczynia i jedną łyżkę.

Przepis podstawowy, kompilacja własna powstała w drodze wertowania internetu i eksperymentów:

 

Składniki suche

250 gram mąki

jeśli muffinki mają być na słodko – 80-100 gram cukru (ilość zmienna, zależy od tego, jak słodkie są pozostałe składniki)

2 łyżeczki proszku do pieczenia

dowolne przyprawy

 

Składniki mokre

2 jajka

pół szklanki oleju

pół szklanki czegoś mokrego – może to być dżem, byle nie za ciężki (np. morelowy się nie nadaje), jogurt naturalny bądź owocowy, jogurt plus sok, zgniecione banany

 

Mokre mieszamy z mokrymi, suche z suchymi, mokre do suchych, wymieszać i do foremek (polecam silikonowe, nie trzeba papilotek, ciastka łatwo wyjąć, a foremki lubią zmywarkę).

 

Przepis jest bazą, na której uprawiać dowolne wariacje, byleby mniej więcej zgadzały się proporcje suchych do mokrych.

Na zdjęciu wersja na słodko, z dżemem śliwkowo-jabłkowym od Mamy.