Archive for Konwenty

Szedariadowe muffinki pizzowe

Składniki suche:

250 gram mąki

2 łyżeczki proszku do pieczenia

ok. 100 gram posiekanego drobno salami

ok. 100 gram startego żółtego sera

przyprawy: suszone pomidory, czosnek, bazylia

 

Składniki mokre:

2 jajka

1/2 szklanki oleju

1-1,5 kubka jogurtu naturalnego

 

_mas2010bigaSuche składniki mieszamy z suchymi, mokre z mokrymi, na koniec mokre dodajemy do suchych. Ciasto powinno mieć konsystencję, wybaczcie moje mało wyrafinowane określenie, gęstej brei. Takiej, żeby łyżka nie stawała, ale się mocno chwiała. Jeśli staje, należy dodać więcej jogurtu, jeśli pada całkiem, trzeba dosypać mąki.

 

Gotowe ciasto przekładamy do foremek i wstawiamy do piekarnika nagrzanego na ok. 180°C (sama, przyznaję, nigdy nie pamiętam, czy to powinno być 160 czy 200, więc piekę w takiej, jaką akurat ustawię – to jest właśnie w muffinkach cudowne, wychodzą niezależnie od nonszalancji i zapominalstwa przygotowującej) na ok. 15-20 minut.

 

Wyciągamy z piekarnika i tłumaczymy wygłodniałym konwentowiczom, że jeśli zaczekają chwilę, aż ciasto i foremki wystygną, to się nie poparzą. Przyjmujemy do wiadomości, że nie takim przeciwnościom losu konwentowicze stawiali już czoła i patrzymy, jak muffinki znikają. Spóźnialskich informujemy, że następna okazja do spożycia muffinków szedariadowych dopiero za rok albo w dowolnie wybranej chwili, pod warunkiem, że zrobi się je już własnymi rączkami i we własnej kuchni.

Pofalkonowo

Fot. A.Mason

Pocztówka z Lublina

Tegoroczny wyjazd na Falkon, tak samo zresztą jak poprzedni, był wycieczko konwentowo-towarzysko-rodzinno-nostalgiczną. Konwentową, bo po raz kolejny miałam przyjemność gościć na lubelskim konwencie i spotkać się z Czytelnikami (specjalnie pozdrowienia dla Jarka i całej jego rodziny), towarzyską – bo mogłam zamienić chociaż kilka słów z ludźmi, których nie widziałam od ostatniego konwentu, albo nawet dłużej, a rodzinno-nostalgiczną – bo Lublin to moje miasto, moi bliscy i dwadzieścia sześć lat mojego życia.

Jestem niedobrym uczestnikiem konwentu, ba, zawsze byłam, bo nad warstwę intelektualno-literacką zawsze przedkładałam warstwę towarzyską. W tym roku w szkole konwentowej spędziłam trochę ponad dwie godziny, na dyżurze autorskim i na spotkaniu, którego główną atrakcją byłam ja sama. Potem uciekłam do Traktu Królewskiego, ścigana obrazem długich, wąskich poduszek z wizerunkami mocno obdarzonych w regionach napierśnych dzieweczek z mang wszelakich. Jedna z dzieweczek nie miała głowy, za to z ramion wyrastał jej gustowny kikut kręgosłupa (głowa była na osobnej poduszce, gdyby ktoś jednak chciał się i do niej przytulić). Nie wiem co było gorsze – miłośnik mangi, który próbował wyjaśnić Shenrze i mnie głębię fabularną kryjącą się za dekapitacją dziewoi, czy Kasiek, która wpadła na pomysł zastąpienia tym dziełem poduszki dla ciężarnych, ponoć mającej zbliżone wymiary.

Trakt Królewski zdecydowanie nie dorósł do swojej nazwy, do tego zafundował mi coś, czego oszczędziło mi przy tym wyjeździe PKP – przeziębienie. Na szczęście towarzystwo, jak to zwykle na konwentach – nie tylko lubelskich – bywa, było znakomite.

Sobotę spędziłam niemal wyłącznie rodzinie i nostalgicznie – dałam się wyściskać babciom i dziadkowi, poszłam na spacer z psem, zjadłam tradycjne falkonowe sushi (niestety w tym roku żadna z moich partnerek do pojedynku wasabi nie zawitała na konwent) i przeszłam się po centrum miasta, już trochę zagubiona, bo chociaż wyprowadziłam się ledwie dwa lata temu, to Lublin przy każdych odwiedzinach czymś mnie zaskakuje. Znikają znajome szyldy, tu się coś buduje, tam coś rozbierają – a ja mam wrażenie, że ktoś mi podstępnie dekonstruuje moją zapamiętaną rzeczywistość i odbiera to co moje. Dziwne uczucie, zwłaszcza, że z całego serca życzę miastu, żeby się rozwijało, rosło i wykorzystywało swój potencjał, ale nic nie poradzę na to, że tęsknię. I chociaż wyjeżdżając wiedziałam, że wracam do domu, to jednak za sobą zostawiałam też swój dom – pół roku po wyprowadzce z Lublina zaczęłam cierpieć na coś, co można z lekką przesadą nazwać schizofrenią lokalizacyjną i nic nie wskazuje na to, żeby miało mi to kiedykolwiek minąć.