Archive for Aktualności

Trzecia część Mythpeace

Już w najbliższy poniedziałek, 14 lipca o godzinie 8.00 w Fahrenheicie pojawi się ostatnia, trzecia, część cyklu Mythpace – „Zanim mchem obrosły trolle”. Serdecznie zapraszamy do czytania.

Zaglądajcie od poniedziałku na Fahrenheita.

Gdzie wymarły wszystkie smoki

Nowe opowiadanie w Fahrenheicie.

Polcon 2012

W przyszły weekend będę na Polconie – wg wstępnego planu w sobotę o 18.00 wezmę udział w panelu o stanie polskiej fantastyki, w niedzielę o 10.00 poprowadzę panel „Będąc młodym autorem”, a o 13.00 opowiem o sabatach czarownic.

Do zobaczenia. :)

Autor kontra dzieło kontra autor…

Na początek link do wpisu na blogu Kuby Ćwieka. Przeczytałam i poczułam potrzebę uzewnętrznienia się. A że blogasek ostatnio odłogiem leżał…

Zawsze (tzn. od chwili, kiedy na bazie doświadczeń własnych zdobytych z obu stron barykady doznałam olśnienia) twierdziłam, że to co zostało napisane (POV autora), a to co zostało przeczytane (POV czytelnika) to dwie zupełnie odrębne, a niekiedy wręcz niezależne od siebie sprawy – nawet jeśli chodzi o jedną książkę.

Przerobiłam to na własnych książkach. Od Czytelników dowiedziałam się, że bohater raz puszczony w świat wędruje po świecie sam i zawiera nowe przyjaźnie (albo robi sobie wrogów) z powodów, o jakie bym go/jej nigdy nie podejrzewała. Parę razy miałam wręcz ochotę rwać włosy z własnej osobistej głowy kiedy usłyszałam, jak sobie cholernik poczynał.

Ale cóż – wymyśliłam powieść/opowiadanie, wychowałam jak się dało, puściłam w świat. Było trzymać w szufladzie*, to nie było by kłopotu, a tak to już po ptokach.

Jeśli od kogoś słyszę, że spodobała się jemu/jej książka, to zwykle odpowiadam „to miło”, czy coś w tym stylu. Jeśli słyszę, że książka była do kitu, to mam ochotę odpowiedzieć to samo – w końcu ktoś zadał sobie trud, przeczytał, może nawet kasę wydał, wyrobił sobie zdanie. Konstruktywną krytykę i uwagi padające z obu końców osi upodobań, cenię, próby udowodnienia, że książka jest do dupy, bo „jakby była fabuła jak u X, a ten bohater byłby bardziej jak Y, to może było by lepiej, ale tak właściwie to ja w ogóle to nie lubię tego typu poczucia humoru”, subtelnie mówiąc olewam. Na samym początku bolały, tak samo jak bolała redakcja – jedno i drugie traktowałam jak zamach na własne święte dzieło. Cóż, z mrzonek wczesnoaŁtorskich się wyrasta, a skorupę można sobie wyhodować ;).

Na koniec przyznam, że egocentrycznie lubię dyskutować o własnych książkach – ciekawość mnie zwyczajnie zżera. Przede wszystkim badam szumy na kanale komunikacyjnym – z książką jest jak z głuchym telefonem, a zadaniem autora jest bezustanne udoskonalanie pośredników. Jeśli dowiem się, że coś zostało odebrane dokładnie tak, jak chciałam, to przyznaję bez bicia, puchnę z dumy i samozadowolenia. Jeśli czegoś nie udało mi się w ogóle przekazać, to trzeba łapać za śrubokręt i poprawiać krótkofalówkę.

Poza tym, jak wspomniałam, od Czytelników można się dowiedzieć zaskakujących rzeczy. Czasem dostrzegą (właściwie powinnam pisać: dostrzeżecie) coś, co mnie by umknęło, możliwość, którą warto rozwinąć, coś w danej postaci, co aż się prosi o głębszą eksploatację. Nigdy nie będę w stanie spojrzeć na to, co napisałam i stworzyłam jak ktoś stojący z zewnątrz.

Aktualnie (od dłuugiego czasu) mam na warsztacie Wrota 3. I przyznam, że jeden z wątków w trzecim tomie w ogóle by się nie pojawił, gdyby nie uwaga jednej z Czytelniczek. Kiedy przeczytałam, co mi napisała, najpierw się zdziwiłam. Potem zaczęłam zastanawiać. Wzięłam to pod uwagę czytając jeszcze raz tom 1 i 2** i uznałam, że właściwie to ona ma trochę racji…

 

*Archaiczna forma folderka w komputerze, w której kiedyś przechowywało się wypociny
**Szczęśliwi są pisarze, którzy pamiętają dokładnie, co wcześniej napisali – ja do nich nie należę, więc czytam swoje własne książki regularnie: żeby wiedzieć co piszę i żeby wiedzieć o co mnie na autorskich pytają.

 

P.S. A Hobbesa mam własnego, osobistego. I na pewno nie jest urojeniem, choć jak na pluszaka przystało, troszkę bywa milczący. Ale nie wątpię, że posiada nader skomplikowane życie wewnętrzne.

Piecyki są na baterie, nie tylko na gaz

Dzisiejszy odcinek sponsorują literki W jak wiekopomne i O jak odkrycie.

Ponieważ ciepła woda w kranie zaczęła się robić jakby mniej ciepła, a piecyk miast buchać płomieniem począł pokasływać, wezwaliśmy serwisanta (a właściwie nawiązaliśmy kontakt z panem serwisantem za pośrednictwem jego czuwającej przy telefonie żony, która ze zrozumieniem przyjęła informację, że marzę o tym, żeby umówić się z jej mężem. Może też kiedyś o 6 rano wylądowała pod zimnym prysznicem).

Pan serwisant przybył i zadał podstawowe pytanie: czy wymienili Państwo baterie?

Państwo –  pochodzący z domów wprawdzie dobrych, ale nie wyposażonych w piecyki – zrobili karpika, albowiem do głowy im nie przyszło, że w piecyku coś takiego jak baterie w ogóle ma rację bytu.

Pan serwisant posiadał baterię i uroczyście ją wymienił.

I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ciepła woda w kranie zrobiła się zwyczajnie ciepła, a piecyk zaczął działać jak należy.

A to o blondynkach dowcipy opowiadają…

 

Falkon 2011

Falkon 2011

 

Piątek, 11.11.11 (co za data…)

17.00 – Dyżur autorski

18.00 – Spotkanie autorskie (Zmiana godziny!)

Do zobaczenia.