Trzecia część Mythpeace

Już w najbliższy poniedziałek, 14 lipca o godzinie 8.00 w Fahrenheicie pojawi się ostatnia, trzecia, część cyklu Mythpace – „Zanim mchem obrosły trolle”. Serdecznie zapraszamy do czytania.

Zaglądajcie od poniedziałku na Fahrenheita.

Muzykalnie

 

Miła chciałam być.

– Śpiewasz lepiej ode mnie – powiedziałam mężowi.

Mąż strzelił focha.

– I to ma być komplement? Jakbyś powiedziała, że śpiewam dużo lepiej od ciebie, to by ledwie znaczyło, że śpiewam źle!

A ja nawet focha zwrotnie strzelić nie mogę, bo ma rację…

Pocztówki z Wernigerode

Pocztówka ze Stolbergu

_DSF5371a

_DSF5395a

_DSF5373a

_DSF5375a

_DSF5376a_DSF5385a_DSF5455a

 

Pocztówka z Quedlinburga

Na zwiedzanie miasta mieliśmy tylko czterdzieści pięć minut, szkoda, bo jest naprawdę piękne.

_DSF5249

_DSF5226a

_DSF5314a

_DSF5252a

_DSF5264a

_DSF5268a

_DSF5274a

_DSF5281a

_DSF5288a

_DSF5290a

_DSF5296a

_DSF5309a

Gdzie wymarły wszystkie smoki

Nowe opowiadanie w Fahrenheicie.

Pocztówki z Pragi

_DSF3327a_male Pragi nie było w planach, nawet przewodnika nie wzięliśmy. Ostatnia rzecz, o jaką bym się posądzała, to spontaniczność, ale widocznie raz na parę lat trzeba dać się sobie samej zaskoczyć. Dojechaliśmy i obejrzałam sobie księżyc nad Placem Wacława. Nigdy wcześniej mi się to nie udało, bo zawsze po całym dniu zwiedzania byłam zbyt zmęczona, żeby jeszcze wieczorem gdzieś iść.

 

 

 

*

Atelier Józefa Sudka to chyba najbardziej_DSF3407a_male ukryta przed światem galeria fotografii, jaką dotąd widziałam. Szukaliśmy jej chyba z godzinę (z przerwą na obiad – ze sztuką nie należy obcować na pusty żołądek) obchodząc wokoło zabudowane kamienice i podpytując kelnerkę w lokalnej restauracji, czy nie wie, jak się do tego tajemniczego miejsca dostać, ale w końcu się udało.

 

Przemiła pani opiekująca się wystawą uszczęśliwiła nas mapką z wykazem wszystkich galerii w Pradze – bardzo przydatna rzecz, zwłaszcza że nie wzięliśmy żadnego przewodnika, ba, nawet sami nie do końca wiedzieliśmy co chcemy zwiedzać.

 

 

 

_DSF3791a_male

 

*

Wstaliśmy o piątej rano, całkowicie z własnej woli, żeby pójść na Most Karola zanim pojawią się na nim dzikie stada turystów. Lepiej było wstać o czwartej albo i trzeciej, bo kiedy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że oprócz nas są tam już:

  • radosne grupki młodzieży  na całe gardło relacjonujące znajomym (i wszystkim w okolicy, wszak angielski to mało popularny język, nikt nie zrozumie), co wzięły i jak im potem było,
  • biegacze,
  • a nawet azjatycka para młoda z fotografem, asystentem fotografa i stylistką do kompletu, urządzająca sobie tam sesję.

 

 

_DSF3820a_male

 

 

 

No i wędkarze. Siedzieli pod mostem i nic ich nie obchodziły narkotykowe zjazdy Amerykanek, japońskie-czy-chińskie śluby i fotograf z Polski narzekający, że o tej porze to tu powinno nikogo nie być (przyszliśmy na most znowu jakieś sześć godzin później – i faktycznie, jak tak porównać, to rano właściwie prawie nikogo na nim nie było).

 

 

 

 

 

 

_DSF3478a_male

 

*

Żołnierze zrobili mi przyjemność i wmaszerowali prosto pod obiektyw, oni i ich cienie, zgodnie postukując obcasami (mąż mnie oświecił, że efekty dźwiękowe to kombinacja odpowiedniego kroku i podkutych butów).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

_DSF3486a_male

 

 

*

Na Katedrze Świętego Wita jest homar. Ewentualnie rak, nie jestem pewna, czym się różni jeden od drugiego wizualnie. Nie udało mi się go sfotografować, bo nie mam teleobiektywu, więc celowałam w bliższe ziemi maszkarony.

 

 

 

 

_DSF3850a_male

 

 

 

 

 

*

Dzięki mapce od pani z atelier Sudka trafiliśmy do galerii na rynku Starego Miasta i obejrzeliśmy wystawę Viktora Kolára. A potem chodziliśmy po mieście i próbowaliśmy uchwycić „to coś”, co przebijało z jego zdjęć. Nie wyszło. Ale piesek ładny.

 

 

 

 

 

 

Szedariadowe muffinki pizzowe

Składniki suche:

250 gram mąki

2 łyżeczki proszku do pieczenia

ok. 100 gram posiekanego drobno salami

ok. 100 gram startego żółtego sera

przyprawy: suszone pomidory, czosnek, bazylia

 

Składniki mokre:

2 jajka

1/2 szklanki oleju

1-1,5 kubka jogurtu naturalnego

 

_mas2010bigaSuche składniki mieszamy z suchymi, mokre z mokrymi, na koniec mokre dodajemy do suchych. Ciasto powinno mieć konsystencję, wybaczcie moje mało wyrafinowane określenie, gęstej brei. Takiej, żeby łyżka nie stawała, ale się mocno chwiała. Jeśli staje, należy dodać więcej jogurtu, jeśli pada całkiem, trzeba dosypać mąki.

 

Gotowe ciasto przekładamy do foremek i wstawiamy do piekarnika nagrzanego na ok. 180°C (sama, przyznaję, nigdy nie pamiętam, czy to powinno być 160 czy 200, więc piekę w takiej, jaką akurat ustawię – to jest właśnie w muffinkach cudowne, wychodzą niezależnie od nonszalancji i zapominalstwa przygotowującej) na ok. 15-20 minut.

 

Wyciągamy z piekarnika i tłumaczymy wygłodniałym konwentowiczom, że jeśli zaczekają chwilę, aż ciasto i foremki wystygną, to się nie poparzą. Przyjmujemy do wiadomości, że nie takim przeciwnościom losu konwentowicze stawiali już czoła i patrzymy, jak muffinki znikają. Spóźnialskich informujemy, że następna okazja do spożycia muffinków szedariadowych dopiero za rok albo w dowolnie wybranej chwili, pod warunkiem, że zrobi się je już własnymi rączkami i we własnej kuchni.

Bądź królową, czyść kibel

Moja fryzjerka ma w swoim salonie ogromny telewizor, włączony non stop. Czasem podczas wizyty trafiam na „Teleexpres”, czasem na „Fakty”, czasem na cuda typu „Ukryta prawda”, a bardzo często – na reklamy.

Od paru lat nie mam w domu telewizora i z przerwami na reklamę mam styczność rzadko. Albo przez ten czas moja tolerancja na głupotę drastycznie zmalała albo sposoby promocji towaru są coraz durniejsze (a może jedno i drugie).

Dziś na przykład usłyszałam miły męski głos przekonujący, że mogę być królową we własnej kuchni tudzież łazience, jeśli nabędę środek do czyszczenia. Serio? Ale tak serio serio?

Jaka królowa – pal licho, czy taka bardziej angielska, czy taka made by Disney – będzie czyściła sobie sama kuchenkę tudzież kibel?

Już do widzę – wyprostowana, żeby jej przypadkiem korona do muszli nie wpadła, w sukni wartej tyle, co dobrej klasy samochód, doczyszcza pośpiesznie ostatnie plamki na blacie, żeby zdążyć przed wyjściem na galę charytatywną, ślub księcia Williama czy abdykację Beatrix.

Nie, wróć, skłamałam.

Nie widzę tego. Zwyczajnie tego nie widzę, nie pasi i już.

Poza tym, jeśli do poczucia się jak królowa wymagane jest wypucowanie całej łazienki, kuchni i wszelkich powierzchni płaskich tak, żeby z nich można było jeść i utrzymywanie ich w takim stanie przez cały czas, to dziękuję, postoję. Niech błękitna krew przytrafi się komuś innemu, a ja zostanę z umiarkowanie wysprzątaną kuchnią i jakimś życiem poza nią.

P.S. Wiem, że Salianka sprzątała – ale ona była, za przeproszeniem, pie….nięta. Serio serio.

Smoki

Tu powinno być zdjęcie smoków

Ostatnio doliczyłam się pięćdziesięciu czterech, ale to było dwa miesiące temu…