Pomyłka

(Fahrenheit i Fantazin)

 

Zaczęło się od tego, że na trawniku przed moim blokiem wylądowali kosmici.

Pogoda była średnio obrzydliwa. Nie padało, ale szare chmury zapowiadały niezłą ulewę. Wyszłam z psem, żeby odpracować spacerek, zanim zacznie się urwanie chmury. Akurat wysiadali ze spodka. Ruda na ich widok znieruchomiała. Nie była pewna: szczekać, machać ogonem, czy zwiewać. Ja też nie byłam pewna: krzyczeć, zapewnić ich o pokojowych zamiarach Ziemian czy zwiewać.

Obie stałyśmy tak jak słupy soli, a oni wyszli z tego statku i zaczęli się rozglądać. Pokazywali sobie palcami niebo, bloki i ulice i wyglądało na to, że strasznie ich to pasjonuje. Pomyślałam, że może spróbuję się dyskretnie wycofać, a potem zabarykaduję się w mieszkaniu, włączę telewizor i będę udawać, że o niczym nie wiem. Nawet jeśli ufoludki zadzwonią do moich drzwi.

Ruda myślała wolniej i nie doszła jeszcze do takich wniosków jak ja. Szarpałam za smycz, kiedy jeden z nich zwrócił na mnie uwagę i podszedł tym swoim dziwnym truchtem. Wyciągnął jakieś urządzonko i wymierzył je we mnie. Wzniosłam oczy do nieba i zaczęłam się modlić, bo wyczerpały mi się inne pomysły na ratowanie życia.

Urządzonko wydało z siebie kilka pisków, a ten ufol zaczął się we mnie wpatrywać jak w niesłychanie rzadki cud natury.

– A – powiedział z wyraźną aprobatą. – Komitet powitalny.

Inni natychmiast się zbiegli. Stałam na skraju trawnika, z otumanionym psem na smyczy, otoczona przez pięciu obcych w lśniących kombinezonach. Ruda postanowiła ich powąchać. Natychmiast zaczęli się w nią wpatrywać.

– Drugi komitet powitalny? – zapytał któryś.

Ruda nie wytrzymała nerwowo i zwiała do klatki schodowej. Smycz nie była aż tak długa, więc psina pociągnęła mnie za sobą. Ufa potruchtały za mną. Gonili nas po schodach, aż pod drzwi mieszkania.

– Baza? – zapytał jeden, wskazując palcem na wizjer.

I co ja mogłam zrobić?

– Może herbatki? – zaproponowałam, uśmiechając się idiotycznie i wpuszczając ich do środka.

Natychmiast rozleźli się po całym mieszkaniu. Ruda schowała się do szafy. Ja poszłam robić tę herbatę. Dwóch poleciało za mną do kuchni, jeden przykleił nos do szyby w drzwiach balkonowych, a pozostali odkryli telewizor.

Nastawiłam wodę na herbatę i wyciągnęłam ciasteczka. Ruda dowiedziała się, że mam coś do jedzenia i wylazła z szafy. Jeden z ufoludków oderwał się od telewizora i pobiegł ją oglądać. Ruda próbowała dyskretnie schować się pod stołem, ale wpadła na jednego z tych, którzy grzebali w lodówce. Ten wypuścił z rąk jajko, kubeczek z jogurtem i kawałek zwyczajnej. Ruda złapała zwyczajną i schowała się za moje biurko. Dwaj kosmici potruchtali jej szukać.

Dałam sobie spokój z herbatą i ciasteczkami i zajęłam się sprzątaniem. Ledwo uprzątnęłam podłogę, z balkonu rozległ się trzask upadającej doniczki. Odłożyłam szmatę, policzyłam do dziesięciu, potem jeszcze raz do dziesięciu i jeszcze do trzech. Złapałam za kark tego, który grzebał w szufladzie ze sztućcami i zawlokłam przed telewizor. Poszłam jeszcze po tych dwóch, którzy usiłowali wejść za moje biurko. To znaczy jeden usiłował wejść za moje biurko, za którym warczała Ruda, a drugi grzebał w mojej szafie. Zabrałam mu moją niebieską sukienkę i wypchnęłam z pokoju. Drugiego załapałam za kark i obu zaciągnęłam na kanapę przed telewizor.

Dopiero wtedy wyszłam na balkon. Ufoludek stał pochylony nad rozbitą doniczką i kręcił w zdumieniu głową. Jego też usadziłam na kanapie. Dobrze, że wszyscy byli nieduzi, bo inaczej by się na niej nie zmieścili.

Zebrałam resztki doniczki i kwiatka i stanęłam przed ufolami.

– Baza, tak? – zapytałam.  

Pokiwali głowami.

– To być tajna baza – dodał któryś.

– To być baza. W bazie być sprzęt. Wy nie niszczyć sprzętu, jasne? Gdyby nie taki kwiatek – wyciągnęłam przed siebie dłonie ze szczątkami roślinki – E.T. nie móc telefonować dom!! Jasne? – poszłam wyrzucić resztkę doniczki. Na kanapie zapadła grobowa cisza. Odwróciłam się i zobaczyłam pięć par oczu wlepionych we mnie. – Możecie włączyć sobie telewizor.

W przedpokoju spotkałam Rudą. Wyglądała podejrzliwie zza drzwi do mojego pokoju. Zaszczyciła mnie spojrzeniem pełnym dezaprobaty.

– Nie martw się – pocieszyłam ją. – Coś wymyślę.

Prychnęła i poszła schować się pod łóżko. Chciałam ją jakoś pocieszyć, ale akurat czajnik zaczął gwizdać.

Kiedy wróciłam do pokoju z herbata i ciasteczkami kosmici ciągle siedzieli na kanapie i gapili się na mnie. Pilot od telewizora leżał pośrodku stolika niczym relikwia.

– Nie ma żadnego dobrego filmu? – zapytałam stawiając przed nimi filiżanki.

Milczeli przez chwilę.

– My nie rozumieć – powiedział w końcu któryś.

– Film. Takie coś co leci w tym pudle, jak naciśnie się ten guziczek – pokazałam.

Pokręcili głowami.

– Nie. To zła planeta – powiedział jeden, a pozostali mu przytaknęli.

– Słuchajcie, to nie tak – przysunęłam sobie fotel. – Wiem, że byłam trochę nieuprzejma, i że mnie poniosło, ale to tylko z powodu zaskoczenia. Nie codziennie kosmici demolują mi mieszkanie. Ale nie możecie oceniać całej planety po moim zachowaniu. Jak chcecie, to możecie sobie coś jeszcze stłuc. Najlepiej wyrzućcie to coś za okno, albo na balkon sąsiadów. Wtedy ja nie będę musiała po was sprzątać i od razu mi się humor poprawi.

Dalej kręcili głowami.

– Źle. Nie ta planeta, nie ten system słoneczny. My pomylić obliczenia. Nie zdarzyć się to od eony czasu. Wielka, wielka hańba.

Zaczęło do mnie docierać.

– To znaczy, że trafiliście tutaj przypadkiem?

Pokiwali smutnie głowami.

– Wielka hańba – powtórzyli. – Taka pomyłka.

– I nie macie złych zamiarów?

– My nieść orędzie pokoju na planety.

– Ale nie na tę planetę?

Pokręcili głowami.

– Nie.

– Tak myślałam.

Siedzieli tacy smutni i szkoda mi się ich zrobiło. Zignorowałam dobiegające z drugiego pokoju powarkiwania Rudej.

– Nie musicie nikomu o tym wspominać – zasugerowałam. – To będzie nasza mała tajemnica.

– My musieć. My nie kłamać.

– No to powiedzcie, że nic się nie stało. Przecież spotkaliście tylko mnie. Nawet jakbym komuś o tym opowiedziała, a nie opowiem, bo poczytalność w papierach jest mi potrzebna, to i tak by mi nie uwierzyli.

Spojrzeli na mnie tymi swoimi bladoniebieskimi oczkami.

– Tak być?

– Pewnie.

Poszeptali jeszcze coś między sobą, ale wyraźnie im ulżyło. Nalałam im herbaty i włączyłam telewizor.

– Patrzcie, skoki narciarskie. Wy kibicujcie Małyszowi, a ja skoczę po piwo. Zaraz wam się zrobi lepiej.

 

 

Jakieś cztery godziny później udało mi się w końcu wypchnąć ich za drzwi. Sąsiedzi nie zdążyli jeszcze donieść na statek kosmiczny, który ciągle stał na trawniku. Patrzyłam przez okno jak ładują się z powrotem do swojego pojazdu i odlatują w kosmos, zaopatrzeni w dziesięć puszek piwa.

– I co o tym myślisz? – zapytałam Rudą.

– Fatalnie – odparła. – Przez takich idiotów i ich pomyłkę cały nasz plan subtelnego przystosowania Ziemi do standardów galaktycznych może nie wypalić. Musiałaś być taka miła? Jeszcze tu wrócą, zobaczysz. Przez ciebie. Wpiszę ci naganę do akt. A na razie zbieraj się, idziemy na spacerek. Słyszę jak major Miki szczeka na podwórku. Muszę to z nim obgadać.

– Tak jest, szefie – powiedziałam sięgając po smycz.

 

0 comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

one × three =