Archiwum dla: 16 lutego 2012

Co można robić, kiedy nie ma prądu

Znaleźć świeczki (wszystkie dwie zapachowe) i zapałki.

Odkryć, że lampkę od czytnika da się zamontować na okapie.

Wyjrzeć przez okno na ciemny blok naprzeciwko.

Zmywać gary przy świecach (+200 do romantyczności).

Wsadzić resztę garów do zmywarki – prąd w końcu wróci.

Gotować rosół przy świecach (+100, jw.).

Wyjrzeć przez okno i policzyć świeczki w oknach ciemnego bloku naprzeciwko.

Zadzwonić do koleżanki zapytać czy ma prąd.

Pogapić się na rosół (oka w świetle świec +50, wiadomo do czego).

Odkryć, że na zewnątrz jest jaśniej niż w mieszkaniu.

Zadzwonić do drugiej koleżanki, zapytać co wie o braku prądu.

Stwierdzić, że w domu jest za mało świec, latarek i lampek od czytnika.

Wyjrzeć przez okno i poobserwować teatr cieni w oknach bloku naprzeciwko.

Wyjrzeć przez drugie okno i popatrzyć się na drzewa.

Zadzwonić do rodziny i poprosić, żeby znaleźli w necie numer do zakładu energetycznego albo pogotowia energetycznego.

Wykonać kilkadziesiąt telefonów na uzyskane numery – bez powodzenia.

Zrobić w myślach listę zakupów: dziesięć świeczek. Albo dwadzieścia.

Wyjrzeć przez okno na blok naprzeciwko i odkryć, że w bloku obok się świeci.

Przeklinać niesprawiedliwość, podłość i podstępność losu.

Uznać, że morda ze zdjęcia na ścianie w świetle świec wygląda co najmniej niepokojąco.

Przypomnieć sobie, że na zdjęciu jest nasza własna fizjonomia.

Pójść do łazienki ze świeczką, żeby się przejrzeć w lustrze.

Stwierdzić, że w świetle świecy trzymanej przed twarzą nie wygląda się atrakcyjnie.

Pożałować, że nie ma nikogo w domu i nie można pobawić się w upiora.

Rozważyć czatowanie ze świeczką przy drzwiach i wyskakiwanie na klatkę z gromkim „UUUUU”, jak tylko będzie słychać, że ktoś idzie.

Wykorzystać lampkę do czytnika zgodnie z przeznaczeniem.

Po czterech godzinach bezprądowia poddać się i iść spać.

Kiedy pięć minut później prąd wróci, powiedzieć mu, że teraz to ma się go gdzieś i odwrócić się na drugi bok.

Załatwiaczka 2 – wyjaśnienie

Będzie.

 

Nie mam pojęcia kiedy, bo pisanie tej książki z różnych powodów idzie mi jak po grudzie. Najpierw kłody pod nogi rzucały mi warunki zewnętrzne, teraz się męczę jak nieboskie stworzenie z przyczyn wewnętrznych, bo zwyczajnie tej baby nie lubię. I nie mam pojęcia od której strony ją ugryźć, żeby jej moim nielubieniem za bardzo nie skrzywdzić, ale też siebie przy pisaniu nie zamęczyć. Liczę, że pewnego dnia po prostu doznam iluminacji i od kopnięcia wena* wszystkie moje problemy znikną.

 

Ale drugi tom będzie. Pal licho podpisaną umowę, Czytelnikom jestem to winna.

 

Więc warczę i piszę. Co jakiś czas robię sobie przerwy na coś przyjemniejszego, co wydłuża co prawda proces powstawania Załatwiaczki, ale za to przynosi plon w postaci opowiadań i stanowi coś w rodzaju twórczego urlopu.

 

Obiecuję się spowiadać z postępów – w ramach motywowania samej siebie. :)

 

*Wenę płci żeńskiej zostawiam poetom tudzież pisarzom płci odmiennej od mojej.