W zeszłym tygodniu zrobiłam paszteciki specjalnie po to, żeby Osobisty Narzeczony je ładnie obfotografował – miałabym wtedy ładny załącznik do wpisu z przepisem.
I figa. We wtorek fotograf zdjęć nie wykonał, w środę się zdziwił – paszteciki zniknęły, a on jako żywo nie pamiętał, żeby je wszystkie zjadał.
Nic dziwnego, bo pożarłam je ja, popijając jedynym słusznym barszczykiem z firmy na K.
Na szczęście gotuję nałogowo i czasem domagam się uwiecznienia wytworów własnych na zdjęciach, głównie w celu pochwalenia się na FB. Największej ilości zdjęć doczekały się muffinki, bo je produkuję nagminnie w ilościach znacznych. Uwielbiam je za to jak smakują i za to, że mogę je zrobić w 15 minut, ba, nawet 10 minut, brudząc przy tym tylko dwa naczynia i jedną łyżkę.
Przepis podstawowy, kompilacja własna powstała w drodze wertowania internetu i eksperymentów:
Składniki suche
250 gram mąki
jeśli muffinki mają być na słodko – 80-100 gram cukru (ilość zmienna, zależy od tego, jak słodkie są pozostałe składniki)
2 łyżeczki proszku do pieczenia
dowolne przyprawy
Składniki mokre
2 jajka
pół szklanki oleju
pół szklanki czegoś mokrego – może to być dżem, byle nie za ciężki (np. morelowy się nie nadaje), jogurt naturalny bądź owocowy, jogurt plus sok, zgniecione banany
Mokre mieszamy z mokrymi, suche z suchymi, mokre do suchych, wymieszać i do foremek (polecam silikonowe, nie trzeba papilotek, ciastka łatwo wyjąć, a foremki lubią zmywarkę).
Przepis jest bazą, na której uprawiać dowolne wariacje, byleby mniej więcej zgadzały się proporcje suchych do mokrych.
Na zdjęciu wersja na słodko, z dżemem śliwkowo-jabłkowym od Mamy.

*.* brzmi fantastycznie, sprawdzę po sesji
can’t wait ^^