Archiwum dla: 16 listopada 2011

Skleroza boli

Chyba jednak nie dam rady napisać drugiego tomu „Załatwiaczki” bez czytania pierwszego.

Foch.

Foch skierowany na mnie sprzed paru lat, było sobie nie komplikować życia i fabuły i pisać:

1. dzieła maksymalnie jednotomowe;

2. wyposażone w ograniczoną ilość bohaterów – troje to już naprawdę tłum;

3. z ładną, linearną fabułą i ograniczonymi dekoracjami.

„Załatwiaczka”, wersja okrojona:

Małgosia, Ben i Phillip siedzą przy stole w pustym pokoju.

- Nienawidzę cię – mówi Ben.

- Mam to gdzieś – odpowiada Phillip.

- Dajcie mi wszyscy święty spokój! – wrzeszczy Małgosia i wybiega z płaczem.

Kurtyna.

A teraz, odreagowawszy, mogę wziąć się za przerabianie po raz n-ty pierwszego opowiadania z drugiego tomu. Zacznę od tytułu.

Pofalkonowo

Fot. A.Mason

Pocztówka z Lublina

Tegoroczny wyjazd na Falkon, tak samo zresztą jak poprzedni, był wycieczko konwentowo-towarzysko-rodzinno-nostalgiczną. Konwentową, bo po raz kolejny miałam przyjemność gościć na lubelskim konwencie i spotkać się z Czytelnikami (specjalnie pozdrowienia dla Jarka i całej jego rodziny), towarzyską – bo mogłam zamienić chociaż kilka słów z ludźmi, których nie widziałam od ostatniego konwentu, albo nawet dłużej, a rodzinno-nostalgiczną – bo Lublin to moje miasto, moi bliscy i dwadzieścia sześć lat mojego życia.

Jestem niedobrym uczestnikiem konwentu, ba, zawsze byłam, bo nad warstwę intelektualno-literacką zawsze przedkładałam warstwę towarzyską. W tym roku w szkole konwentowej spędziłam trochę ponad dwie godziny, na dyżurze autorskim i na spotkaniu, którego główną atrakcją byłam ja sama. Potem uciekłam do Traktu Królewskiego, ścigana obrazem długich, wąskich poduszek z wizerunkami mocno obdarzonych w regionach napierśnych dzieweczek z mang wszelakich. Jedna z dzieweczek nie miała głowy, za to z ramion wyrastał jej gustowny kikut kręgosłupa (głowa była na osobnej poduszce, gdyby ktoś jednak chciał się i do niej przytulić). Nie wiem co było gorsze – miłośnik mangi, który próbował wyjaśnić Shenrze i mnie głębię fabularną kryjącą się za dekapitacją dziewoi, czy Kasiek, która wpadła na pomysł zastąpienia tym dziełem poduszki dla ciężarnych, ponoć mającej zbliżone wymiary.

Trakt Królewski zdecydowanie nie dorósł do swojej nazwy, do tego zafundował mi coś, czego oszczędziło mi przy tym wyjeździe PKP – przeziębienie. Na szczęście towarzystwo, jak to zwykle na konwentach – nie tylko lubelskich – bywa, było znakomite.

Sobotę spędziłam niemal wyłącznie rodzinie i nostalgicznie – dałam się wyściskać babciom i dziadkowi, poszłam na spacer z psem, zjadłam tradycjne falkonowe sushi (niestety w tym roku żadna z moich partnerek do pojedynku wasabi nie zawitała na konwent) i przeszłam się po centrum miasta, już trochę zagubiona, bo chociaż wyprowadziłam się ledwie dwa lata temu, to Lublin przy każdych odwiedzinach czymś mnie zaskakuje. Znikają znajome szyldy, tu się coś buduje, tam coś rozbierają – a ja mam wrażenie, że ktoś mi podstępnie dekonstruuje moją zapamiętaną rzeczywistość i odbiera to co moje. Dziwne uczucie, zwłaszcza, że z całego serca życzę miastu, żeby się rozwijało, rosło i wykorzystywało swój potencjał, ale nic nie poradzę na to, że tęsknię. I chociaż wyjeżdżając wiedziałam, że wracam do domu, to jednak za sobą zostawiałam też swój dom – pół roku po wyprowadzce z Lublina zaczęłam cierpieć na coś, co można z lekką przesadą nazwać schizofrenią lokalizacyjną i nic nie wskazuje na to, żeby miało mi to kiedykolwiek minąć.

Falkon 2011

Falkon 2011

 

Piątek, 11.11.11 (co za data…)

17.00 – Dyżur autorski

18.00 – Spotkanie autorskie (Zmiana godziny!)

Do zobaczenia.

 

 

Piekło i inni

(Science Fiction nr 12)

 

Żyłem, kochałem i cierpiałem z wami

A jak już umarliście, to radźcie sobie sami

 

 

Było ciemno. Odrobinę za ciemno, jeśli ktoś zapytałby Tomaszewskiego o zdanie. Wszyscy milczeli i rozglądali się nerwowo. Stali gdzieś, zbici w ciasną grupkę. Na pewno była tam podłoga. Może były też ściany, ale jakoś brakowało im odwagi, żeby wyciągnąć rękę przed siebie, w ciemność.

– Ale przecież my… – pierwsza odezwała się nieśmiało Adamkowa.

– No właśnie – odpowiedział ktoś głosem wrednego dyrektora szkoły, który właśnie znalazł dowód, że Iksiński i Ycinski z klasy trzeciej A (tak, chłopcy, do was mówię, od dawna miałem was na oku, wiedziałem, że coś się kroi, mój instynkt pedagoga nie zawiódł mnie kolejny raz) namalowali sprayem w sterylnie czystej łazience brzydkie słowo, i do tego z błędem ortograficznym.

Zapaliło się światło. Stali w pomieszczeniu recepcyjnym, o czystych jasnobłękitnych ścianach i takiej samej podłodze. Za nimi wisiała ciemność, uformowana w kształt mrocznego korytarza. Przed sobą widzieli eleganckie metalowe biurko z otwartym laptopem na blacie. Za biurkiem, na obrotowym krześle, siedział mężczyzna. Był ubrany w czerń, z subtelną, lekko sportową elegancją. Można było założyć, że każda ze sztuk garderoby – od czarnej koszuli, przez czarne dżinsy aż do butów i skarpetek, kosztowała więcej niż średnia krajowa. Mężczyzna miał też jasne włosy do ramion i przesunięte na koniec ostrego nosa okulary z prostokątnymi szkłami.

Łokcie oparł na stole, dłonie splótł na wysokości twarzy.

Czytaj dalej…

Bestie

(Fahrenheit nr 69)

 

Muszę zapalić. Przez to wszystko wpadłam w cholerny nałóg. Teraz to już zupełnie wyglądam jak jakaś artystka alternatywna: rozczochrana, z obłędem w oczach, odpalająca jednego szluga od drugiego. I chuderlawa. Jedyny plus całej sprawy, schudłam dziesięć i pół kilogramów. No kurde, żadna dieta nie da ci tego, co zwidy i wariactwo – dobrze, że nikt mi tego nie powiedział, jak byłam młoda, głupia, pulchna i dwa miesiące żarłam zawiesinę z kapusty, jak nic specjalnie bym się w psychozę wpędziła, byle zmieścić się w 36.

Teraz już na szczęście, czy nieszczęście może, młoda, głupia i pulchna nie jestem. Jestem… no, starsza, chuda i psychiczna. Noż improvement aż dupę z żalu ściska.

Wszystko się zaczęło… No, w zasadzie od tego właśnie, że byłam głupia. Głupia z matmy, głupia z historii, tępa jak tłuczek do mięsa z chemii i fizyki. Za to niezła z polskiego i języków. Ślepy fart i Opatrzność wysłały mnie na właściwe studia, gdzie wyszlifowałam umiejętności i skończyłam jako tłumaczka. Książek, tak dla jasności. A dla jeszcze większej jasności, nazwanie niektórych tekstów, które tłumaczę, książkami, to zbytek łaski. Nie jestem ani tak dobra, ani tak ambitna, żeby brać się za Literaturę przez duże L. Literaturę przez L małe też rzadko tykam. Specjalizuję się w – uwaga, uwaga – grach komputerowych i fanfikach do tychże gier. O ile granie jeszcze mogę zrozumieć, to za Chiny nie łapię, po cholerę ktoś miałby czytać książkę opisującą grę. Ale co tam – nie będę darowanemu źródłu utrzymania w zęby zaglądać.

Ale wracając do ad remu: tłumaczyłam sobie radośnie te gry i fanfiki przez parę lat. Czasem trafiały się prawdziwe perełki, czasem gnioty straszliwe. Nie mnie oceniać, mnie to przełożyć z ichniego na nasze. Ale jakbym obojętnie do tego nie podchodziła, coś mi we łbie zostaje. Jakieś tam skrawki fabuły, nazewnictwo, obrazki…

Czytaj dalej…

Podatek: reaktywacja

 

– Żaby mówią, że lans to podstawa – oznajmił wodnik Ślipak, naciągając mocniej na twarz kaptur od bluzy. Strojem nie wyróżniał się specjalnie spośród siedzących przy stolikach ludzi, no może tylko miał pewne braki w zakresie wzrostu.

Nie miało to zresztą znaczenia, bo mało kto zwracał uwagę na bliźnich. Większość klientów niedawno otwartego centrum handlowego skupiała się na sklepach albo na jedzeniu nabytym w jednym ze znajdujących się na najwyższym piętrze barów.

Ślipiak właśnie tam siedział, rozparty na niewygodnej pseudokanapie, nad ogromną kanapką „ze wszystkim”. Naprzeciw niego, na zgrabnych i o wiele wygodniejszych od kanapy krzesłach siedzieli Jens i Monika, poborcy podatkowi. Oboje ubrani byli w niebieskie dżinsy, dziewczyna miała czarny żakiet z wpiętą maleńką stokrotką, mężczyzna czarną marynarkę. Już z daleka czuć ich było skarbówką, ale taką, z którą przeciętny człowiek z rzadka miał do czynienia. Rozmówcy wodnika pracowali dla tego DRUGIEGO Urzędu Skarbowego, i zamiast VATu, CITu i tym podobnych zajmowali się pobieraniem podatków od magii.

Czytaj dalej…

Skąd odeszły bazyliszki

(Fahrenheit nr 56)

 

Rozmowa była trudna. Oczywiście Kruczka nie spodziewała się niczego innego. Takie rozmowy zasadniczo nie były łatwe. Nie przepadała za nimi, ale nie mogła na nie nic poradzić. Z bliżej nieznanych przyczyn kadrowym nigdy nie wystarczało CV, zawsze musieli zadawać głupie pytania.

Tak jak ten, który siedział teraz przed nią. Był pulchniutki, nabity w sobie i młody, w wieku Kruczki albo nawet młodszy. A może tylko tak wyglądał przez tę nadwagę. Okrągła twarz przywodziła na myśl chłopca rozpieszczanego przez babcie i ciocie, ale okrągłe paluszki, którymi ściskał CV Kruczki, sugerowały, że babcia była tylko jedna i wołali ją Jaga.

– A więc… – kadrowiec odchrząknął.

Kruczka od razu wiedziała, że ma do czynienia z nowicjuszem. Pewnie dopiero co zrobił magisterkę, a dyrekcja od razu go złapała i rzuciła na głębokie wody. Kruczka osobiście nie rozumiała, dlaczego starszyzna tak się podnieca trzema literkami przed nazwiskiem swoich pracowników. Nie rozumiała, ale zapisała się na studia zaoczne, choć uważała, że kwalifikacji, jakich wymaga jej zawód, nie można zdobyć na uniwersytecie. Niestety, to nie ona decydowała o polityce zatrudnienia firm, a jej profesja, chociaż rzadka i pożądana, nie zostawiała wielkiego wyboru co do potencjalnych pracodawców.

Jaś, jak go nazwała w myślach, zapatrzył się desperacko w jej CV, szukając punktu zaczepienia. O coś musiał przecież zapytać.

– A więc… zaczynała pani od jednorożców?

Czytaj dalej…

Prawdziwa miłość

(Science Fiction nr 30)

 

Szał przychodził nocą, kiedy barona otaczała ciemność, zwodnicza, niebezpieczna, zbyt wiele obiecująca. Patrząc na księżyc i gwiazdy baron wył jak zwierzę, drapał ściany, rwał gobeliny. I niepomny na napomnienia wylęknionych kapłanów, składał przysięgi i wzywał moce ciemności na pomoc. Być może umarłby w swoim pięknym zamku, pośród pięknych rzeźb i drogich obrazów, gdyby nie odpowiedź jakiej udzielił mu mrok.

 

Odpowiedź przybyła do Isalastu prawie w samo południe. Przyjechała na kasztanowym koniu, który wyglądał na bardzo zmęczonego. Nie wzbudziła wielkiego zainteresowania, ale też nie przeszła nie zauważona. Do miasta przybywało wielu pielgrzymów, niektórzy zwyczajni, niektórzy pokręceni na wszystkie strony.

Przybyła nie wyglądała na pokręconą. Nawet w Isalaście widywano kobiety ubrane w męskie stroje, więc nikt na nią oczu nie wytrzeszczał. Jeśli wolą jej było chodzić w zielono-fioletowym kubraku i takich nogawicach, mieszkańcom było nic do tego. Mądrzy ludzie ocenili, że jej strój zbyt porządny jest na zbiega czy zbója, ale zbyt skromny jak na ekscentryczną arystokratkę. Siodło też miała skromne, zwyczajne, a koń wyglądał na starą chabetę, trzymaną raczej z sentymentu niż dla pożytku. Przy pasie, a był to zwykły pas, nie jakieś wymyślne cudo, miała chudą sakiewkę i krótki sztylecik. Nosiła tez miecz, który wydawał się zbyt wielki dla drobnej dziewczyny. Rękojeść miecza była ciasno przewiązana kolorową chustą, powiewającą na wietrze. Wiatr potargał też dziewczynie włosy, brązowe, przetyka pasemkami koloru czystego złota. Miała je krótko ścięte, tak że nie sięgały ramion, ale były wystarczająco długie, żeby ukryć jej twarz przed ciekawskimi spojrzeniami. Spomiędzy loków błyszczały brązowe oczy.

Czytaj dalej…

Zasady tajemnic

(Esensja nr 8(XXIX)/2003)

 

Deszcz siąpił niemiłosiernie, waląc kanonadą kropli w okiennice gospody. Co jakiś czas rozlegały się grzmoty, a przez szpary między deskami błyskało dzikie światło błyskawic. Klienci spożywali swoje posiłki, tocząc rozmowy półgłosem, jakby obawiali się, że burza usłyszy ich i wytropi. Przy stole w najdalszym kącie siedziały dwie osoby w płaszczach z kapturami, różniące się od pozostałych przede wszystkim rozmiarami. Większość klientów przypominała wielkością bardziej młode dobrze wypasione byczki niż ludzi. Dwójka pod ścianą wyglądała przy nich jak wychudzone krasnoludki.

Jedna z tych dwóch osób była trzynastoletnim piegowatym chłopcem, który burczał niezadowolony nad swoją miską gulaszu.

– Dlaczego ja nie mogłem iść popatrzeć sobie na wojnę? Tygrys chciał mnie zabrać. Dlaczego ja nie mogłem, a puściłaś Amadeusza? Przecież ja jestem bardziej odpowiedzialny. I wcale nie kapryszę ani nie broję. Ale mnie nie puściłaś. Założę się, że wiem dlaczego. Bo mógłbym się nabawić militaryzmu, heroizmu albo jakiegoś innego paskudnego choróbska, a Amadeusz będzie tylko wyrywał ludziom miecze i zakopywał je pod jakimś drzewem.

– To ma o wiele głębsze psychologiczne uzasadnienie – powiedziała siedząca naprzeciw niego dziewczyna. – Ale jeśli odjąć wszystkie fachowe wyrażenia, to w gruncie rzeczy masz rację.

Czytaj dalej…