Najwspanialsi z wspaniałych

(Fahrenheit i Fantazin)

 

Obrzydliwy potwór wypełzł z jaskini i jednym susem znalazł się na trakcie, zastępując drogę wędrowcom. Otworzył paszczę, ukazując kilka rzędów naprawdę ostrych kłów i ogromny, przypominający ruchliwego węża jęzor. Podróżni skamienieli ze strachu. Potwór ryknął. Kilkoro wędrowców rzuciło się do ucieczki, ucieczki z góry skazanej na niepowodzenie. Długi język bestii wystrzelił z paszczy i schwycił ich jak kilka much. Zguba była pewna, kiedy nagle spomiędzy drzew wyjechał galopem jeździec na spienionym śnieżnobiałym koniu. Nie zwalniając, wyciągnął miecz i odciął czubek języka potwora, wiążący ludzi. Monstrum zawyło z bólu. Jeździec zatrzymał konia na drugim końcu drogi. Zwierzę stanęło dęba, a rycerz uniósł w górę miecz, błyskając białymi zębami w szerokim uśmiechu. Kiedy koń stanął z powrotem na ziemi, jeździec wstrząsnął swoją wspaniałą blond czupryną, pogonił wierzchowca i zaszarżował na potwora. Kreatura cofnęła się, wystawiając szpony. Rycerz zaszczycił ją pogardliwym spojrzeniem i zadał kilka doskonale wymierzonych pchnięć, wciąż z triumfalnym uśmiechem na ustach. Bestia po chwili poddała się i kwicząc, uciekła z powrotem do swojej jamy.

Podróżni odważyli się odetchnąć. Patrzyli z podziwem na swojego wybawcę, który trwał na koniu w pozie posągowej. On rzucił im powalające spojrzenie absolutnie błękitnych oczu.

– Nie lękajcie się – powiedział aksamitnym głosem. – Bo żadna bestia nie jest wam już zagrożeniem. Ja, Monduel Mężny, stoję na straży niewinnych i bezbronnych. Bywajcie – wypiął pierś i zaprezentował rzymski profil. Jego koń zarżał i doskonale wypracowanym skokiem znalazł się między drzewami. Nie ucichł jeszcze tętent jego kopyt, gdy podróżni zaczęli wzdychać z zachwytu.

 

– Imponujące – powiedział Rufus de Skarpa III, sącząc w zadumie popołudniową herbatkę. – Doprawdy, imponujące – obserwował całe zajście ze wzgórza, które było dobrym tarasem widokowym. Zwłaszcza dla kogoś takiego, jak Rufus, kto wolał nie rzucać się w oczy. – Jest wprost niesamowicie przekonujący – dodał jeszcze.

– Cóż, to dopiero prototyp. Kiedy dopracuję technologię, wtedy stworzę coś naprawdę imponującego. – Rufus z pewnym niepokojem stwierdził, że oczy jego bratanicy zaczynają podejrzanie świecić. Jak zawsze, gdy w jej głowie świtała jakaś podejrzana idea. Chociaż czasami jej pomysły były całkiem interesujące.

– Dopracować, powiadasz? – mruknął pod nosem.

– Tłak, dopłacołać – wtrącił zgryźliwie potwór, wypełzający z jednej z licznych jaskiń. – Łeby łon my juch ne łobłcinał jęhyków. Tło nie było płyjemne.

– Odrośnie ci – pocieszył go Rufus. – Herbatki?

– Ne, dłękuję. Ne mam jej kym szmakołać – odparł kwaśno potwór.

– Realizm był niezbędny w tej fazie testów – powiedziała Pelagia, bratanica Rufusa.

– Ałe łon my łobłciął jehyk – zajęczał potwór.

W tym momencie spomiędzy drzew wyjechał godnym stępem rumak z jeźdźcem na grzbiecie. Zatrzymał się przed Pelagią. Monduel Mężny wypiął pierś i wysoko uniósł podbródek. Rufus przyglądał mu się z łagodnym zainteresowaniem, potwór z niechęcią. Pelagia uważnie obejrzała i konia i rycerza.

– Wygląda na to, że jest nienaruszony. Ruszałeś go?

– Jakł? Łon my łobłciął móy…

– Masz jeszcze szpony – zwrócił mu uwagę Rufus.

– Ne mołgę mu płyłochyć chponami kiełdy mychlę o mołim bołącym jęhyku – oznajmił z godnością potwór.

– Niewykluczone, że trzeba będzie przeprowadzić dalsze testy – stwierdziła Pelagia.

– To juh ne ze młą – rzucił potwór i błyskawicznie wczołgał się do jaskini.

– Cóż za straszny brak woli współpracy – zatroskał się Rufus. – Sądzę, moja droga, że udamy się w jego ślady – dopił herbatę i podniósł swoje ogromne cielsko, przy okazji zmiatając ogonem kilka skał. Wypuścił nosem obłoczek dymu. – Idźcie przodem. Nie chciałbym uszkodzić was ogonem.

Pelagia wzięła koszyk z prowiantem i zaczęła schodzić w dół. Monduel Mężny, nie zsiadając z konia, podążył za nią. Na końcu czołgał się Rufus, pod nosem narzekając na ciasne jaskinie. Rozdzielili się już przy pierwszym rozwidleniu. Pelagia już dawno doszła do wniosku, że dla kogoś jej rozmiarów chodzenie po jaskiniach smoków może być niezdrowe. Zamontowanie systemu wind nie zajęło jej zbyt wiele czasu. Teraz wraz z Monduelem Mężnym i jego rumakiem, noszącym wdzięczne imię Srebrnogrzywy 3, wsiadła do jednej z nich.

Rufus poczołgał się dalej korytarzem, postanawiając namówić bratanicę do zainstalowania wind dla smoków.

Pelagia była odrobinę nietypową bratanicą. Ale tak to już jest, jak jest się pół człowiekiem, pół smokiem. Jak takie coś mogło się począć, nie byli pewni sami rodzice. Ale poczęło się i oprócz dość mieszanego zestawu cech fizycznych, dysponowało też mieszaną psychiką i geniuszem, którego owocem były takie wynalazki, jak Monduel, czy praktyczny podręczny przetapiacz złota. Rufus miał absolutną pewność, że nikt nie wie, co się dzieje w jej okrągłej głowie, pokrytej zieloną łuską i szarymi włoskami.

Przebywszy kilka kolejnych korytarzy, Rufus de Skarpa dotarł do ogromnej, wykutej w skale komnaty, gdzie czekała już rada dziesięciu smoków z przewodniczącym na czele. Wszyscy patrzyli na przybysza z łagodnym zainteresowaniem.

– Może herbatki? – zaproponował Maurycy von Pilavka.

– Nie, uprzejmie dziękuję – odparł Rufus. – Dopiero co piłem.

– Może biszkopcika? – Albert Mogilani podsunął talerzyk.

– Z przyjemnością – Rufus sięgnął po puszyste ciasteczko.

Przewodniczący pociągnął łyk herbaty.

– Obawiam się, że przed chwilą był tu Archibald de Trask – westchnął. – Wspominał o jakimś incydencie.

– Strasznie niewyraźnie mówił – dodał Cyprian le Brok. – Obawiam się, że wśród dzisiejszej młodzieży sztuka wymowy schodzi na psy.

– Zaiste, godne to ubolewania – przytaknął Honoriusz O’Karb.

– Te dzisiejsze smoki – pokiwał głową w zadumie Maurycy.

– To nie do końca jego wina – Rufus uznał za stosowne wyjaśnić sprawę. – Podczas dzisiejszych testów Monduel Mężny obciął mu język.

Przewodniczący lekko się zasępił.

– Czy to było konieczne? Staramy się unikać przemocy.

– Tej zbędnej, ma się rozumieć – mruknął Albert. Mówiono o nim, że ma naprawdę burzliwą przeszłość.

– Wiadomo wam, że wybraliśmy Archibalda do szlachetnej misji udziału w testach ze względu na jego zdolności regeneracyjne. Muszę jednak zgodzić się z twierdzeniem, że młodzież nie jest już taka, jak kiedyś. Brakuje nam kolejnych ochotników.

– Godny pożałowania brak ducha walki – skrzywił się Albert.

– A wyniki testów? – odezwał się, pijący dotąd herbatę w milczeniu, Pompejusz von Klops.

– Nader obiecujące – odpowiedział Rufus. – Monduel jest doprawdy imponujący. Mogę nawet stwierdzić, że przerasta moje oczekiwania. Poproszę jeszcze biszkopta.

Przewodniczący podsunął mu półmisek.

– Te z lewej są z konfiturą wiśniową, te z prawej z malinową.

Maurycy wciągnął w nozdrza zapach ciastek.

– Pachną wyśmienicie. Twoja żona robiła?

Przewodniczący przytaknął.

– Przekaż jej od nas wyrazy uznania. Nikt nie robi takich biszkoptów z konfiturą malinową.

Rufus z przyjemnością spożył ciasteczko.

Przewodniczący usiadł wygodniej w fotelu i okrył się pledem.

– Sądzę, że w świetle tych wydarzeń możemy uznać wstępna fazę naszego planu za zakończoną. Jak wszyscy wiecie, od dawna my i nasi bracia jesteśmy gnębieni przez ponurą, złośliwą i podłą sektę morderców, którzy zwą siebie błędnymi rycerzami, albo innym paskudztwem…

– Tfu!! – wzdrygnęły się zgodnie wszystkie smoki.

– …Dlatego też nasz związek podjął szczytną akcję, mającą na celu niesienie pomocy nam wszystkim. Jesteśmy świadomi, że straszenie ludzi w wioskach i zamkach, a nawet przechodniów na gościńcach, nie jest już tak zabawne ani opłacalne, jak to kiedyś bywało. Ale wszyscy wiemy, że to nie honor opuścić stanowisko nawet w najbardziej zawszonej okolicy. Lecz jak trwać tam dalej przez wieki, będąc w tak beznadziejnej sytuacji? Oto otworzyła się przed nami droga do lepszego jutra! Dzięki zdolnościom i pomysłowości naszego naczelnego inżyniera, mamy możliwość wzięcia spraw we własne ręce. Od dziś to my pociągamy za sznurki. Monduel Mężny jest ideałem błędnego rycerza, który będzie pozorował śmierć potwora w honorowej walce, a nasz brat smok będzie mógł godnie opuścić swoje siedlisko, nie obciążony opinią tchórza, który boi się ludzi. Mamy już pierwsze zlecenie. A więc, panowie, za powodzenie naszego wielkiego planu – przewodniczący uniósł filiżankę.

Pozostałe smoki zrobiły to samo, sięgając po biszkopciki.

Rufus wziął kilka ciasteczek z nadzieniem malinowym na drogę i wyszedł z komnaty, zostawiając radę dyskutującą nad odpowiednią ilością cukru w konfiturze. Tak jak się spodziewał, zastał Pelagię w jej warsztacie. Pracownia składała się z dwóch komnat: ogromnej, pełniącej rolę hangaru, maszynowni, zbrojowni, magazynu i jeszcze paru innych pomieszczeń i mniejszej, zawalonej rulonami projektów, map i szkiców. Pelagia stała w kącie magazynu, obok znieruchomiałego, jakby skamieniałego Monduela, dopracowując ostatnie zaklęcia i coś jeszcze szlifując.

– Rada jest zadowolona – oznajmił Rufus.

– To świetnie – powiedziała, zdejmując ze szlifierki miecz, wąski, srebrny i rzeźbiony w runy.

– Może biszkopcika? – Rufus przyjrzał się broni uważnie. – Broń Monduela jest chyba w porządku.

– To nie dla niego – Pelagia wskazała ruchem brody wnękę w ścianie, gdzie coś stało, przykryte prześcieradłem.

Rufus pochylił głowę, wbijając oczy w ciemność. Sięgnął ostrożnie i pazurem zsunął prześcieradło. Mężczyzna, stojący we wnęce, był wzrostu Monduela, ale za to od niego szczuplejszy. Cały odziany był w czerń, a jego strój nie był tak okazały, jak strój rycerza. Twarz miała ponury wyraz, przecinała ją szeroka blizna, a ciemne włosy opadały na ramiona.

– Kto to?

– Model polowy. Monduel jest przeznaczony do odbijania zamków, dokonywania bohaterskich czynów i zdobywania sławy. Ale potwory i smoki są nie tylko w gęsto zaludnionych okolicach. Niektóre krążą po lasach, łąkach i porzuconych ruinach. Monduel nie może się tam za nimi pętać.

– A ten może?

– Nazwałam go Renthold Bezwzględny.

– Będzie chodził po bagnach? Nie znudzi mu się to?

– To kwestia oprogramowania. Monduel jest przystosowany do przebywania w tłumie, jest gotowy na poklask, sławę i wszystko, co się z tym wiąże. To idealny bohater, błądzący po drogach i szlachetnie odchodzący w dal, pozostawiając za sobą wzdychającą księżniczkę.

– Te księżniczki też uwzględniłaś w oprogramowaniu?

– Oczywiście. To kwestia wyliczenia charakterystycznego profilu osobowości. Każda typowa księżniczka będzie o nim pamiętać.

– A ten drugi?

– Nietowarzyski, ponury, z zaniżoną samooceną, bezwzględny, pętający się po bezdrożach i wykańczający zbirów i potwory. Dla pieniędzy albo po prostu wykańczający.

– Nieprzyjemna osobowość. A księżniczki?

– Będą go unikały jak ognia. Inne zresztą też. Uczucia nie pasują do profilu psychologicznego. To zdeklarowany zimny cynik.

– W tej chwili obaj wyglądają trochę niemrawo.

– Nie uaktywniłam wszystkich systemów. Plan opiera się na autentyczności. Oni muszą wierzyć, że zabijają potwory. Jeszcze jakiś mag zajrzałby im do głów i namieszał. Autentyzm gwarantuje im wiara, że naprawdę zabijają.

– Ale nie będą tego robić? – upewnił się Rufus.

– Wyrządzą lekką, całkowicie odwracalną szkodę. Potem potwór padnie, symulując padanie trupem, a rycerz odjedzie w glorii chwały, lub też, w przypadku Rentholda, bez glorii chwały.

– Niektórzy królowie domagają się dowodów, wiesz, głów czy języków.

Pelagia ściągnęła płachtę ze stołu, ukazując stos różnych elementów smoczej anatomii. Rufus się wzdrygnął.

– Syntetyczne – powiedziała, przykrywając stół z powrotem. – Dostarczenie odpowiedniego elementu na miejsce wykonania zlecenia zajmie posłańcowi maksimum dwie godziny.

– Nie przewidujesz żadnych problemów?

– Ja nie odwalam fuszerki – stwierdziła dobitnie Pelagia. – Oni są dopracowani w każdym szczególe. Wykonają zlecenie i odjadą.

– A jak zamierzasz przekazywać im zlecenia?

– Łącza magiczne. Typowa procedura. Błyskawiczne i niezawodne.

– Mam wrażenie, że oni są aż za idealni. Kiedy wyruszają?

– Jutro rano. Mam już dane pierwszych zleceniodawców. Wprowadziłam je do ich pamięci. Trzeba ich tylko postawić na drodze i uaktywnić.

– Nie będą mieli kłopotów z tożsamością? Przeszłością?

– Zaprogramowałam im w pamięci typowe życiorysy. Wyczekiwane dziecko, znaki na niebie i ziemi, przeznaczenie, typowe brednie błędnych rycerzy. Jeśli chcesz, pokażę ci dokumentację.

– Wolałbym nie. Wiesz, że gubię się w tych twoich planach i wykresach. Wystarczy mi to, co widzę na własne oczy.

– A to co widzisz jest…?

– Imponujące.

– To dopiero początek – Pelagia zapatrzyła się w przestrzeń. – Taka technologia… Takie perspektywy… Takie możliwości… To dopiero początek – powtórzyła.

 

Słońce jeszcze nie wzeszło. Mgła powoli unosiła się znad lasu. Zwierzęta albo już poszły spać, zmęczone całonocnymi łowami, albo jeszcze nie przebudziły się z nocnego snu. Odchodzące opary odsłoniły leśny trakt i stojącego na nim konia z jeźdźcem na grzbiecie. Koń podniósł łeb i zarżał. Na ten sygnał jeździec otworzył brązowe oczy i rozejrzał się wokół, jakby przebudzony z mocnego snu. Popędził konia. Po chwili obaj zniknęli we mgle.

Opary pokrywały doliny, nie docierając jednak do najwyższych szczytów. Na skraju stromego zbocza, pośród zielonych, wciąż pokrytych kropelkami rosy traw, na tle najczystszego błękitu nieba, powoli rozświetlanego promieniami słońca, rycerz w srebrnej zbroi siedział na grzbiecie białego konia. Poranny wietrzyk rozwiewał jego włosy koloru złota. Rycerz otworzył oczy, błękitne jak niebo i odetchnął głęboko jeszcze chłodnym powietrzem. Potem lekko ściągnął cugle i koń ruszył w dół zbocza.

Z samego szczytu wzgórza, spomiędzy nierównych skał, obserwowali ich Rufus i Pelagia.

– Szczerze mówiąc, nie jestem zadowolona z żadnego z nich.

– Masz na myśli jakieś usterki? – zainteresował się Rufus.

– Oni nie wyczerpują wszystkich możliwości – kontynuowała Pelagia, nie zwracając na niego uwagi. – Tę technikę można wykorzystać do skonstruowania czegoś naprawdę… wielkiego.

 

Większość złych dni zaczyna się miło i niewinnie. Na przykład idziesz sobie słoneczną ulicą i zastanawiasz się, którą z miłych i przyjemnych rzeczy dziś zrobić, a już po chwili wpadasz w wir międzywymiarowy i znajdujesz w środku płonącego domu, otoczony przez bandę morderców i złodziei, i zastanawiasz się, czy to coś, co wisi pod sufitem, ma ochotę cię zjeść.

Ale tym razem nie było żadnego spaceru pod słonecznym niebem. Od razu zaczęło padać.

Podczas gdy deszcz zaczynał zalewać, a właściwie obmywać z brudu ulice miasta, grupa rewolucjonistów skupiła się wokół ostatniej dziedziczki korony, przedstawicielki dynastii, która od lat tyranizowała kraj.

Wszyscy rewolucjoniści byli młodymi, pełnymi wiary w zwycięstwo idealistami. I wszyscy byli przeciwni zabijaniu niewinnych osób. Nawet robiąc to w imię rewolucji czuli się trochę nieswojo.

Jeszcze bardziej nieswojo czuli się teraz. Wystarczająco stresujące było zabicie dziewczyny. Jeszcze bardziej stresujący był fakt, że zamordowana, zamiast osunąć się dramatycznie na podłogę i pozostać jako wyrzut sumienia w myślach swoich morderców (jako: niepotrzebna ofiara dowodząca brutalności rewolucji, lub: konieczna, choć bolesna strata w podręcznikach historii), siedziała na stole, machała nogami i obrzucała wyżej wymienionych rewolucjonistów znudzonymi spojrzeniami.

I wcale nie wyglądała niewinnie. Nieszczęsne młode księżniczki ginące w imię wyższych idei zazwyczaj charakteryzują się złotymi puklami, błękitnymi oczami, białym giezłem, anemią i emanującą z nich natrętną niewinnością. Ta akurat była tylko śmiertelnie blada, a poza tym stanowiła widoczny i trudny do pominięcia wyjątek. Zamiast złotych pukli miała prawdziwy welon kruczoczarnych włosów, czerwone oczy, krwistoczerwone usta i ciemnobordową sukienkę, na widok której niewinna i cnotliwa dziewoja zemdlałaby na miejscu. Wyglądała na kogoś, kto może z tobą wypić kielich wina przed snem, a rano wbić ci nóż prosto w serce.

I była bardzo, bardzo znudzona.

Rewolucjoniści zdębieli ostatecznie. Pomijając elementy zewnętrzne ich ofiary, przyzwyczaili się, że jak się komuś wbije nóż w serce z okrzykiem „dla przyszłości narodu”, to ten ktoś jest martwy, a nie siedzi i od czasu do czasu uśmiecha się złośliwie.

Rewolucjoniści zbili się w ciasną grupkę i rozpoczęli gorączkową szeptaną naradę, przerywaną spojrzeniami rzucanymi w stronę żywego dowodu fiaska powstania, a składającą się głównie z pełnych zgrozy pytań w stylu „jak?” i „dlaczego nas to spotkało, mówiłem, żeby do pałacu wysłać grupę C!!!”

Księżniczka, a prawdopodobnie przyszła królowa wzdychała w duchu i nudziła się coraz bardziej. Siedziała w wieży już od ładnych paru lat i miała nadzieję na korzystną odmianę, ale nie zanosiło się na żadne zmiany. Wobec tego po prostu wstała i wyszła, nie zwracając uwagi na buntowników. Po drodze zabrała wiszący na krześle czarny szal i odłożyła nóż, który od pół godziny tkwił w jej sercu, nie czyniąc jej zresztą większej szkody. Księżniczka była wampirem, i to bardzo odpornym wampirem, i niewiele rzeczy mogło zrobić jej krzywdę. Za to wiele rzeczy mogło poprawić nastrój.

Opuściła pałac, przeszła przez miasto aż do naprawdę podłej dzielnicy, zapuściła się w naprawdę podły zaułek i zeszła po zapuszczonych schodkach do sutereny, nad której drzwiami widniał jakiś zamazany szyld. Księżniczka pchnęła ciężkie drzwi i weszła.

Beztroskie wejście do pracowni Pchełki Lekkoskały było w pewnym stopniu sprawdzianem odwagi. Prościej mówiąc, było czymś na kształt próby samobójczej. Tym razem nic nie wybuchło, ale cała pracownia wyglądała tak, jakby przeszły tamtędy dwa huragany i głodna armia krasnoludków. Na środku siedziała Pchełka, opróżniała kubek soku agrestowego i wpatrywała się ponuro w jakiś przedmiot.

Pchełka Lekkoskała nie wyglądała na swoje lata. Była ruda jak dwie wiewiórki, miała ogromne zielone oczy i sprawiała wrażenie, jakby dopiero co zagnała swoje gąski z lasu do domu. Być może kiedyś rzeczywiście tak robiła. Mieszkańcy jej rodzinnych okolic, gdziekolwiek by one nie były, lubili się bić, a kodeks wojownika wykluczał zabijanie kobiet i dzieci. Do dziesiątego roku życia Pchełka pętała się więc po dworach kolejnych zwycięzców, gubiąc po drodze rodzinę, znajomych i pamięć o nich. Potem porzuciła spokojne życie i ruszyła w świat. Przez kolejne dziewięćdziesiąt siedem lat była kapłanką każdej kolejnej religii, na jaką natrafiła. Obecnie miała lat sto dwadzieścia trzy, wyglądała na dziewiętnaście, i włóczyła się po świecie, zależnie od humoru i braków finansowych chwytając się różnych zajęć. Od jakiegoś czasu, z przerwami na kolejne podróże, rezydowała w suterenie, oddając się swojej pasji, inżynierii magicznej z elementami alchemii. Ogólnie było wiadomo, że jeśli lokatorka wróciła do sutereny, to zaraz coś wybuchnie.

Pchełka i księżniczka spotkały się na ulicy którejś pochmurnej nocy, kiedy księżniczka wyruszyła na polowanie, a Pchełka właśnie wracała z karczmy, dorysowując brakujące elementy w genialnym schemacie maszyny destylującej. Księżniczka zaczaiła się za rogiem i rzuciła z zębami na potencjalną ofiarę, ale już po kilku sekundach odessała się, spluwając z obrzydzeniem.

– Co ty masz w tych żyłach??! – wrzasnęła oburzona.

– Krew. Osocze. Sok agrestowy. I jeszcze krew – odparła Pchełka, starając się nie krwawić na rysunek.

Problem tkwił w tym, że Pchełka była kundlem. Autentycznym kundlem. W jej żyłach płynęła krew prawie wszystkich ras zamieszkujących świat. Miało to swoje wady i zalety. Wszystkie strzygi i wampiry omijały ją z daleka. Miała elfią orientację w terenie i krasnoludzią pod ziemią. Była o wiele silniejsza od zwykłego człowieka i wiecznie miała kłopoty z koncentracją, spowodowane ścieraniem się dziedzicznych cech charakteru. I była tolerancyjna do przesady. Wyznawała, całkiem słuszną i zrozumiałą zasadę, że każdy jest jej ziomkiem. Z tego powodu, zamiast mieć do księżniczki pretensje o krew na ubraniu i rysunku, zaprosiła ją na kawę do tawerny elfów.

Księżniczka była przekorna, nieposłuszna i z reguły gardziła innymi, a przynajmniej patrzyła na nich z góry. Jako typowa księżniczka miała zakłamany obraz rzeczywistości i opanowała czterdzieści trzy ściegi hafciarskie, którymi łatała szyje swoich ofiar, ponieważ w gruncie rzeczy miała dobre serce i nie chciała, żeby ktoś się przez nią wykrwawił. Nosiła wdzięczne imię Primabella, do którego starała się nie przyznawać. Uważała, że ktoś o takim imieniu powinien być pulchny i spowity w koronki.

Od momentu, gdy jedna z nich chciała przegryźć gardło drugiej zostały najlepszymi przyjaciółkami. Chociaż „przyjaźń” nie była najlepszym słowem. Wzajemna tolerancja i wspólnota w dążeniu do celu po trupach (innych) były właściwszymi określeniami. Ale zawsze mogły na siebie liczyć.

Kiedy księżniczka weszła do sutereny, Pchełka z westchnieniem żalu oderwała się od wynalazku.

– Rozpoczęła się rewolucja – oznajmiła patetycznie księżniczka. – Ciemiężony lud poszedł po rozum do głowy i stwierdził, że może ciemiężyć się samodzielnie, bez pośrednictwa osób trzecich.

– To miło – powiedziała Pchełka.

– Przedziurawili mi suknię – warknęła księżniczka.

– A, to gorzej – zgodziła się jej przyjaciółka. – I co?

– Nic – stwierdziła obojętnie księżniczka. – To był sztylet, a nie osikowy kołek.

– I co?

– Uważam, ze powinnam opuścić miasto. Piękna i odrzucona królowa na wygnaniu, to brzmi nieźle. Poza tym nad rzeką rośnie osika. Wolałabym oddalić się, zanim ją zetną i ostrugają.

– No i co?

– Wyjeżdżam – zdecydowała księżniczka.

– No i co?

– Jedziesz ze mną!

Pchełka zastanowiła się.

– Mogę jechać – zgodziła się. – Nie lubię terrorów porewolucyjnych. Strasznie wszystko się robi czerwone. Pamiętam, kiedy byłam kapłanką Athkik, bogini tradycji monarchicznej…

– No to jedziemy!!! – księżniczka ruszyła w stronę drzwi.

– Już? – Pchełka wytarła dłonie o fartuch. – A pakowanie?

– Ja mam wszystko co posiadam na sobie.

Pchełka rozejrzała się po pobojowisku, które nazywała swoją pracownią.

– W zasadzie, to ja też – rzuciła ostatnie, tęskne spojrzenie na tlące się jeszcze szczątki swojego ostatniego projektu, który, rzecz jasna, wybuchł sam z siebie, spakowała do sakwy kilka rolek pergaminu, liczydła, sakiewkę ze złotem i parę poręcznych drobiazgów własnej produkcji, które, jak dotąd, jeszcze nie wybuchły i ruszyła do drzwi.

Księżniczka szczelnie owinęła się specjalnym, chroniącym przed słońcem szalem i poszła za nią.

 

Nieszczęsna białogłowa w białym gieźle jechała na kasztanowym koniu na spotkanie własnego przeznaczenia. Bynajmniej nie udawała się tam z własnej woli. Dostarczenie smokowi jednodaniowego obiadu z księżniczki okazało się trudniejsze, niż wszyscy przypuszczali, tym bardziej, że księżniczka nie przejawiała chęci zostanie męczennicą w imię dobra swojego ludu. Wlazła na drzewo i zaczęła wrzeszczeć i złorzeczyć na lud pracujący, wprawiając tym w głębokie zakłopotanie króla, który, zawstydzony, zaczął przepraszać wieśniaków. Chłopi okazali królowi zrozumienie i współczucie, ściągnęli księżniczkę z drzewa i związali i zakneblowali ją, żeby już nie psuła sobie opinii.

Za murami czekał smok. Był ogromny, czerwony i miał małe, paciorkowate oczka, które łypały na rozmówcę (lub na potencjalny posiłek) z zadziwiającą inteligencją. Na widok księżniczki zatarł łapy i sięgnął po obrus. Nieszczęsna białogłowa w białym gieźle wydałaby dramatyczny okrzyk, ale knebel jej w tym przeszkadzał.

Smok wyszczerzył zęby. Na drodze coś błysnęło, jakby ktoś puszczał słoneczne zajączki, i w chmurze pyłu pojawił się rozpędzony jeździec w nieskazitelnie wypolerowanej zbroi, w której księżniczka mogła się przejrzeć, co też uczyniła, i stwierdzić, że w białym gieźle jej nie do twarzy.

Smok zerknął na zegar słoneczny, który zrobił sobie z patyka kilka dni temu.

– Że też oni muszą być tak strasznie punktualni – westchnął z głębi serca i żołądka.

Rycerz wyciągnął miecz, smok nastawił pazury. Nastąpiła wymiana kilkunastu szybkich ciosów, które, czego żaden obserwator nie zauważył, nigdy nie sięgały celu. Księżniczka zajęła się przegryzaniem knebla, a tłum na murach wiwatowaniem. Po kilku minutach smok wydał straszny ryk i eksplodował w chmurze gęstego dymu. Kiedy dym opadł, po potworze nie było już śladu, a rycerz uwalniał z więzów księżniczkę.

Tłum zaczął wiwatować głośniej, a król wybiegł truchtem z zamku uściskać odzyskaną córkę i jej wybawcę.

Rycerz dał się uściskać, natomiast księżniczka rzuciła w króla kneblem i sznurami.

– Córuś, racja stanu, zrozum….

– Ty wiesz, gdzie ja mam rację stanu?!! – wrzasnęła księżniczka. – Rzucam to, mam dość, wyjdę sobie za mąż za jakiegoś chłopa!! Będę się opiekować trzodą chlewną!! I nikt mi nie będzie chrzanił o racji stanu!!!!!

– Córuś….

– I nie mów do mnie „córuś”! – warknęła królewna i odeszła, ciągnąc po błocie tren giezła.

Rycerz dosiadł konia i położył dłoń na sercu.

– I oto ciemność ustąpiła światłu – rzekł patetycznym tonem. – Mrok ustąpił i znowu możemy spoglądać w jasne światło dnia, pełni nadziei na jutro. A kiedy nadciągną ciemne chmury i skryją wasze słońce, nie obawiajcie się, bo Monduel Mężny przybędzie i stanie w pierwszej linii walki! – Spiął konia i odjechał. Tłum zaczął wiwatować.

Król spoglądał na swoją córkę, która właśnie składała propozycję matrymonialną jakiemuś obdartemu pijanemu wieśniakowi.

– Pa – chlipnął.

 

Promyczki słońca nie przybijały się przez gęstwinę liści. Leśne żyjątka, jeśli żyły gdzieś w pobliżu, omijały takie miejsca z daleka. Tu czuło się obecność czegoś niebezpiecznego. Złowrogą ciszę zakłócało jedynie chlapanie wody.

Przez ciemne zarośla skradał się przyczajony mężczyzna z obnażonym mieczem. Poruszał się bezszelestnie, jak widmo śmierci. Podążał w stronę, z której dochodziło pluskanie.

Za zasłoną z opadającego bluszczu potwora spokojnie brała prysznic pod niewielkim wodospadem, podśpiewując przy tym. Była zupełnie nieświadoma nadchodzącego zagrożenia. Mężczyzna ujął miecz mocniej w dłoń, zbliżył się i jednym ruchem odsunął zasłonę z bluszczu. Potwora wrzasnęła. Upadając, złapała za bluszcz i kilkoma spazmatycznymi szarpnięciami zerwała zasłonę. Cos czerwonego zmieszało się z wodą strumyka.

 

Księżniczka Primabella usiadła z westchnieniem na przydrożnym kamieniu.

– Głodna jestem.

Pchełka rozejrzała się wokoło.

– Przykro mi, ani żywej duszy.

– Ugryzłabym nawet anemiczną dziewicę – jęknęła księżniczka.

– Też nie ma – powiedziała ze współczuciem Pchełka.

Księżniczka zapatrzyła się ponuro w linię horyzontu.

– Ciężkie jest życie wygnanej szlachcianki – westchnęła, poprawiając szal.

– Ktoś cię wygnał? – zdziwiła się Pchełka. – Myślałam, że idziemy sobie dobrowolnie na wycieczkę.

– Bo idziemy. Tylko nieoficjalnie. Oficjalnie jesteśmy ofiarami terroru rewolucji.

– To tam był jakiś terror? – Pchełka wysiliła pamięć.

– Jak nie było, to będzie – stwierdziła beztrosko księżniczka. – W końcu to rewolucja.

 

Młodzi, pełni wiary rewolucjoniści w ciągu paru godzin zdążyli przemienić się w ciągle młodych, ale już cynicznych i zrezygnowanych anty-rewolucjonistów. Pięć minut po proklamowaniu republiki tymczasowy wice-prezydent zastrzelił z kuszy tymczasowego prezydenta i ogłosił się satrapą. Satrapę kwadrans później zadźgał ostrym narzędziem były tymczasowy minister zdrowia i ogłosił anarchię. Ustrój przetrwał całe siedem minut i trzydzieści dwie sekundy, dopóki właściciel dwóch osłów i połowy krowy nie ogłosił drugiej rewolucji ludu ciemiężonego. Drugą rewolucję chciał obalić garnizon wojska, wspierający rewolucję pierwszą, ale ponieważ nie było chętnych do kontynuowanie rewolucji drugiej, wojsko tylko przeszło się przez miasto, depcząc niechcący przy okazji warzywnik niejakiej pani Bryk, która w następstwie założyła Ligę Wdów i Sierot Rewolucji. Ponieważ wdów i sierot nie było, a liczba ofiar wynosiła trzy sztuki nie mające rodziny, z czego jedna (księżniczka Primabella) nieobecna, Liga działała tylko przez czterdzieści minut. Pani Bryk, rozczarowana końcem swojej kariery politycznej, ogłosiła rewolucję numer trzy, ale nikt jej nie słuchał, bo właśnie zaczęły się walki kogutów. Coraz więcej osób pytało o co w ogóle z tą rewolucją chodziło. Kilku nawróconych monarchistów zgłosiło chęć płakania przy zwłokach ostatniej królowej i nie zachwyciła ich wiadomość, że zwłoki poszły sobie o własnych siłach w nieznanym kierunku, krótko po tym jak je zamordowano.

Było tylko kwestią czasu, kiedy wszyscy zaczną domagać się przywrócenia monarchii i powrotu królowej, wszystko jedno żywej czy nie, ale najwidoczniej mobilnej i zdolnej do rządzenia.

 

Schodząc tunelem do pracowni Pelagii Rufus powtarzał sobie w myśli, że już, już za chwilę sięgnie do swojego schowka i wyciągnie z niego przepysznego biszkopcika. Ale przedtem musiał wypełnić obowiązki.

Kiedy doszedł do ogromnej sali, zapukał pazurem w ścianę. Rozległy się jakieś postukiwania, zgrzyty i po chwili zza sterty jakiegoś złomu wyłoniła się Pelagia, wycierająca dłonie w roboczy fartuch.

– Obawiam się – zaczął Rufus – że mieliśmy pewne… skargi.

Zza jego pleców wychyliła się nieduża potwora.

– No pewnie że skargi!! – zaskrzeczała. – To miała być profesjonalna usługa, a tu napada na mnie jakiś psychopata!! Brałam prysznic!! Jak tak można!!!

Pelagia uniosła delikatnie brwi.

Z tyłu rozległo się chrząknięcie i obok Rufusa stanął czerwony smok.

– Chciałbym zauważyć, że rozpoczynałem właśnie posiłek, kiedy.. wykonano zlecenie. Być może należało by wprowadzić poprawki.

Pelagia popatrzyła na nich.

– Reklamacji nie uwzględniamy – powiedziała, odwróciła się na pięcie i wróciła do swoich mechanizmów.

 

Trochę dalej na południe parę sępów przekonało się właśnie, że syntetyczna część smoka różni się zasadniczo od prawdziwej. Przede wszystkim smakiem. Niedoszła ofiara opuściła swój dotychczasowy dom z łezką nostalgii w oku, błędny rycerz wyruszył w dalszą drogę, a ocalona księżniczka robiła wszystko, żeby zedrzeć sobie gardło i stracić głos.

– Monduelu!!! – wrzeszczała księżniczka, wychylając się z wieży. Po dziedzińcu kilku lokajów biegało z materacem na wypadek, gdyby wychyliła się za mocno.

– Dlaczego ona tak wrzeszczy? – zainteresował się król.

– O panie, Monduel Mężny wyruszył szukać swego przeznaczenia, łamiąc serce księżniczki – wyjaśnił sługa.

– Aha. Mądry chłopiec. Powiedzcie mu, że jeśli jest podobna do swojej matki, to lepiej się z nią nie żenić – powiedział król i zajął się swoją armią ołowianych żołnierzyków.

 

Przez zarośla ostrożnie przedzierał się mężczyzna, prowadząc za sobą konia. Nie czuł się zmęczony, mimo odbycia potyczki z potworem. Poszło nawet łatwiej, niż się spodziewał. Chociaż sam nie do końca był pewien, czego się spodziewał. Przechodząc ukradkiem w pobliżu drogi, dotarł do polany. Tam Renthold puścił konia, a sam usiadł na trawie. Chciał chwilę odpocząć, zanim nie zjawi się tu ktoś, kto w przekonaniu Rentholda ma większe prawo do stąpania po ziemi. Ta definicja dotyczyła większości istot żywych istniejących na całym świecie. Wydawało się wręcz nieprawdopodobne, że ktoś taki jak on nie popełnił samobójstwa w pięć sekund po narodzinach, żeby nie zabierać powietrza innym.

 

W cieniu przydrożnych zarośli księżniczka poprawiła szal i zerknęła nerwowo na słońce.

– Musi być tak jasno – wzdrygnęła się.

Pchełka podniosła głowę i popatrzyła na niebo. Oceniła sytuację fachowym okiem.

– Jeszcze parę godzin.

– Mogłyśmy uciec przed rewolucją po zmierzchu – westchnęła księżniczka.

– Do zmierzchu to mogłybyśmy paść ofiarami terroru rewolucyjnego.

– Przecież nie było żadnego terroru!!!

Pchełka wzruszyła ramionami.

– Oficjalne źródła podają inną wersję.

– Jakie źródła? – księżniczka osłupiała.

– Ty, na przykład.

– Nie czuję się źródłem. A skoro już o tym mowa, to chętnie bym się czegoś napiła.

Pchełka rozejrzała się bezradnie.

– Przykro mi, ale w okolicy naprawdę nikogo nie ma. To chyba nie sezon na podróżnych.

 

Nieopodal, na polanie przed zamkiem, błękitnooki rycerz na białym koniu stawał w szranki ze smokiem, który właśnie odkrył, że jest już za stary na zabawy w udawanie. Przede wszystkim nie mógł zapamiętać co było na kartce, którą dostał razem z potwierdzeniem terminu. Mgliście przypominał sobie, że było tam coś o kolejności ciosów. Na jego szczęście rycerz był interaktywny i dostosował się do klienta. Potem pozostawało tylko oddalić się w chmurze sztucznej mgły, podczas gdy wynajęte chochliki urządzały pobojowisko, a rycerz odjeżdżał w nieznane.

 

W pracowni Pelagia oderwała się od nowego wynalazku i pochyliła nad wykresem wydajności. Poza jaskinią zachodziło właśnie słońce. Nie widziała tego, ale informowały o tym jej świetnie ustawione przyrządy.

– Trzy usługi jednego dnia. Nieźle.

– Nie za dużo? – zaniepokoił się niewyrośnięty smok, który dostarczył nowe zamówienia.

– Stać go na więcej – mruknęła Pelagia. – Nowe zlecenia?

Smok wyciągnął trzymany w dwóch łapach pergamin. Pelagia wzięła go i przeczytała uważnie. Potem, zerkając od czasu do czasu na tekst, zaczęła przesuwać kryształki poustawiane na prostokątnej metalowej tablicy.

 

Rude kosmyki włosów opadły śpiącej Pchełce na twarz. Księżniczka spać nie mogła, bo przeszkadzało jej w tym uporczywe burczenie w brzuchu. Wstała, i na paluszkach, żeby nie obudzić przyjaciółki, udała się na poszukiwanie czegoś, a raczej kogoś, kto zaspokoiłby jej głód.

Wyjrzała na drogę i ku swojej radości ujrzała zbliżającego się jeźdźca. Przyczaiła się za pniem drzewa, gotowa rzucić się na swoją ofiarę. Dłonią wymacała sakiewkę, w której nosiła igłę, nici i opatrunki. Kiedy jeździec przejeżdżał, jednym skokiem rzuciła się na niego i zrzuciła go z konia. Pochylając się nad jego karkiem zdążyła jeszcze zauważyć, że jest ideałem rycerza, przynajmniej z wyglądu, i że wygląda jakby był w jakimś transie. Potem głód wziął górę nad ewentualnymi porywami serca i księżniczka ugryzła rycerza w szyję.

– Przekaz gotowy – oznajmiła Pelagia i przesunęła ostatni kryształ.

– Gotowe – powiedziała gdzieś około północy Pchełka, ziewając szeroko.

Księżniczka siedziała obok, z włosami postawionymi na sztorc, wpatrując się w rycerza.

– Obudzi się? – zapytała z nadzieją.

– Obudzić to się na pewno nie obudzi. Co najwyżej się uaktywni – stwierdziła Pchełka. – Strasznie skomplikowany mechanizm. Ktoś się musiał nad nim nieźle namęczyć. Chciałabym poznać konstruktora.

Księżniczka westchnęła tęsknie. Pchełka przeniosła swoją uwagę na nią.

– Dobrze się czujesz?

– Poraził mnie promień miłości – oświadczyła księżniczka.

– To było spięcie. Akurat jak go ugryzłaś, przewody musiały osiągnąć maksymalną wydajność. Włosy powinny niedługo przestać ci tak stać na głowie.

– To była miłość – stwierdziła księżniczka.

– Aha. Pewnie – zgodziła się Pchełka. – Pomóż mi go wsadzić na konia.

– Po co?

– Żeby pojechał dalej.

– A nie mogłabym go zatrzymać? – zapytała z nadzieją księżniczka. – Przecież jest sztuczny.

– I jest czyjś – uściśliła Pchełka. – Nawet nie wiemy jakie ma oprogramowanie. Może być na przykład łowcą wampirów.

– Może – zgodziła się rozczarowana księżniczka.

– Więc najlepiej zrobimy, jak wsadzimy go na konia i tu zostawimy, a same pójdziemy spać.

– Aha.

 

Słońce już wschodziło, kiedy Renthold wreszcie się obudził. Nie mógł sobie przypomnieć poprzedniego wieczoru i strasznie bolała go głowa. Doszedł do wniosku, że pewnie znowu topił smutki swojego marnego życia w winie. Gdzieś w głębi jego duszy, w której posiadanie zresztą nie wierzył, tliło się przekonanie, że jeśli jest jakikolwiek powód usprawiedliwiający jego istnienie, to jest nim polowanie na potwory. Opłukał twarz, osiodłał konia i wyruszył szukać zarobku.

 

Monduel otworzył swoje błękitne oczy, kiedy tylko padł na nie pierwszy promień słońca. Rozejrzał się wokół, a potem pogonił konia i statecznym kłusem podążył w stronę wschodzącego słońca, ocalać niewinnych i pokrzywdzonych od obecności wszelakiego paskudztwa.

Obserwująca go zza krzaków księżniczka rzuciła jeszcze okiem na słodko śpiącą Pchełkę. Gdyby nie była egoistką, może przeprosiłaby ją chociaż w myślach, ale księżniczce obca była troska o innych. Otuliła się szalem i nie zważając na znienawidzone słońce podążyła za głosem swego serca. Z przejęcia zapomniała nawet o tym, jak bardzo była głodna.

 

Rufus z troską wymalowaną na paszczy wkroczył do pracowni Pelagii. Rozejrzał się i dostrzegł swoją siostrzenicę, pochyloną nad stertą jakichś planów. Chrząknął.

– Połóż gdzieś – mruknęła Pelagia nie podnosząc głowy. – Później to wyślę.

Rufus chrząknął odrobinę bardziej natarczywie. Pelagia odwróciła się w jego stronę.

– Mamy reklamację – oznajmił Rufus. Pelagia milczała. – Kilka nieszczęśliwych wypadków, obawiam się. Rada powoła komisje śledczą, rzecz jasna. Ale wydaje się, że obiekty wymknęły się spod kontroli.

Pelagia sięgnęła po tablicę i przesunęła kilka kryształków. Po chwili przesunęła jeszcze kilka.

– Hmmm – powiedziała.

Zamarła z wyrazem zasępienia na twarzy. Rufus popatrzył wyczekująco.

– Załatwię to – oznajmiła Pelagia. Przecisnęła się między kilkoma skrzyniami i ściągnęła przykurzoną płachtę z drewnianej skrzynki.

– Co to?

– Transporter międzywymiarowy – Pelagia wyskrobała coś na glinianej tabliczce, porównała swoje dzieło z układem kryształków i pokiwała z zadowoleniem głową. Wrzuciła tabliczkę do skrzyni i sama weszła do środka. – Zaraz wracam – powiedziała, zatrzaskując wieko.

Rufus nie mógł się powstrzymać, żeby nie zajrzeć do środka. Skrzynia była pusta.

Pchełka spała. Oprócz tego, że spała, także śniła. Jako osoba z czystym i spokojnym sumieniem śniła sny piękne, przywołujące na jej twarz wyraz spokoju, którego nie zdołało zniszczyć nawet potężne wyładowanie bliżej nieokreślonej energii, połączone z pojawieniem się na polanie Pelagii. Pelagia przez chwilę trzymała się za głowę, próbując utrzymać ja na właściwym miejscu. Transporter był jeszcze nie dopracowany.

Kiedy minęło zdezorientowanie, rozejrzała się po polanie. Oprócz trawy, ziemi, robaczków i paru kwiatków jedynymi niecodziennymi elementami byli Pchełka i kilka spalonych przewodów, leżących obok. Pelagia obejrzała je dokładnie. Wyglądało na to, że ktoś je pogryzł.

Któryś z intergatunkowych zmysłów Pchełki dał jej znać, że coś jest nie tak. Otworzyła oczy i zobaczyła nad sobą Pelagię. Widok nie był zbyt przyjemny, ale zielone oczy Pchełki wyrażały sympatię niezależnie od tego, na kogo patrzyły.

– Dzień dobry – powiedziała uprzejmie.

Pelagia machnęła trzymanymi w dłoni przewodami.

– Gdzie temaborg? – zapytała niecierpliwie. Chciała wrócić do swojej pracowni i do wielkiego projektu.

Pchełka skojarzyła kabelki z błędnym rycerzem i wyciągnęła rękę w stronę drogi. Pelagia wyjrzała na trakt.

– Nie ma – pociągnęła nosem. – Odjechał. Z… – wciągnęła powietrze – wampirem?

Pchełka zatrzepotała rzęsami.

– Oj – powiedziała. – On chyba nie poluje na wampiry?

– Nie, na smoki. To znaczy polował. To znaczy… Teraz to już może polować na wszystko. Oprogramowanie siadło – spojrzała z wyrzutem na Pchełkę, która ugięła się pod naciskiem potępienia.

– Primabella go ugryzła. Było małe spięcie. To znaczy, że on ją może… kołkiem? Próbowałam go naprawić.

– Trzeba było zostawić tak jak był. Teraz to on może tym kołkiem każdego.

– Oj – westchnęła Pchełka.

Pelagia spojrzała na nią z zainteresowaniem. Żadna z nich nie należała do cechu inżynierów mechaniki magicznej, ale odczuwały pewnego rodzaju wspólnotę zawodową.

– Mam świetny pomysł – powiedziała Pelagia. – Znajdź go. Pomożesz tej wampirzycy i mnie – pogrzebała w kieszeni i wręczyła Pchełce dwa zwoje pergaminu. – Tu są plany ich obu. Jak się na nich natkniesz, to ich po prostu zdezaktywuj – nacisnęła jakiś przycisk na małym pudełku i zniknęła, zanim Pchełka zdążyła odpowiedzieć.

 

Rufus odskoczył od skrzyni, w której nagle pojawiła się jego bratanica.

– Załatwione – powiedziała. – Wysłałam kogoś, żeby się tym zajął.

Zanim Rufus zdążył zadać jakieś egzystencjalne pytanie typu „kogo?”, odeszła do swoich zajęć.

 

Pojedynek rycerza ze smokiem był fascynujący dla gawiedzi, ale nie dla księżniczki Primabelli, która marzyła o tym, żeby przegryźć smokowi gardło. Żylasty wieśniak, którego po drodze spotkała, i po wszystkim ładnie zacerowała, nie zaspokoił jej apetytu. Smok był duży, soczysty, i niestety, od pięciu sekund, martwy.

Zwycięzca przejechał przez bramę zamku i udał się przed oblicze króla. Primabella owinęła się szczelnie w szal i dokonała transformacji w nietoperza. W charakterze latającego gałganu wylądowała na parapecie sali tronowej.

Zobaczyła tron, króla, Monduela i księżniczkę o złotych włosach, ubraną w białe giezło. Między nią i rycerzem przebiegało coś na kształt mentalnych linii wysokiego napięcia. Primabella zapragnęła przegryźć księżniczce gardło, i głód nie miał z tym nic wspólnego.

– Rycerzu – mówił król. – Oto ocaliłeś moje królestwo i życie mojej córki. Udowodniłeś swa odwagę i prawość. Więc zapraszam cię, byś został na mym dworze, poślubił moja córkę – nietoperz zgrzytnął zębami – i został dziedzicem królestwa i jego przyszłym królem.

– O wspaniały królu – odpowiedział Monduel. – Zaszczytem dla mnie jest, że pragniesz ofiarować mi dar tak wielki, którego przyjąć nie mogę, choć moje serce już zawsze będzie kochać tylko tę jedyną – spojrzał na księżniczkę.

Miedzy wielmożami wystąpiła lekka konsternacja. Rycerz zwrócił się w stronę blondynki w gieźle..

– Księżniczko – Monduel skłonił się nisko. – Mimo iż moje serce krwawi i rozdziera je ból większy niż kiedykolwiek było mi dane odczuwać, muszę odejść. Moim przeznaczeniem jest pokonywać straszliwe bestie, które kalają swą obecnością świat. Moim celem jest pomagać ludziom. Mój los to wędrować i błądzić, walcząc tam, gdzie jest to konieczne. Moje życie to samotna walka – Monduel rzucił księżniczce powalające spojrzenie swoich błękitnych oczu i odszedł za spuszczoną głową.

Księżniczka westchnęła i zemdlała. Król pokiwał głową w zadumie.

– Jakie to typowe. Prawdziwy błędny rycerz. Dzisiaj się już takich nie widuje.

Primabella z trudem doleciała do pobliskiego, zacienionego zagajnika i tam przybrała w miarę ludzką postać. Czuła się, jakby ktoś wbił jej kołek w serce. Pociągnęła parę razy nosem i zaczęła rozważać napisanie listu pożegnalnego, a następnie powieszenie sobie na szyi wieniec czosnku. Z jakiegoś powodu takie rozmyślania poprawiały jej humor.

 

Przejrzenie planów zajęło Pchełce godzinę. Uznała je za dzieło geniuszu i była gotowa szukać temaborgów choćby tylko po to, żeby napatrzeć się na te dzieła techniki. Nie miała żadnego planu poszukiwań, ale wierzyła w Przeznaczenie, Los, Wyroki Bogów, Fortunę, a także Przypadek, więc po prostu poszła przed siebie.

 

Księżniczka Złotowłosa ocknęła się i wyraziła chęć podążania za ukochanym. Nikomu nie udało się jej tego wyperswadować. Po pół godzinie ekwipaż był gotowy i księżniczka mogła wyruszyć przed siebie, a za Monduelem. Tak się złożyło, że z daleka powóz zobaczyła Primabella, która natychmiast doszła do wniosku, że zanim napisze list pożegnalny, który wszystkich przyprawi o łzy, zje ostatni posiłek, złożony z anemicznej księżniczki, i to bynajmniej nie byle jakiej anonimowej, ale imiennie wymienionej w menu.

 

Niewielki strumyczek przepływał tuż obok mało uczęszczanej leśnej drogi i Renthold postanowił tam napoić konia. Sam odłożył miecz i pochylił się nad strumykiem. Widok własnego odbicia skłonił go do refleksji nad tym, jak marnym jest człowiekiem i jaką szkodę wyrządza innym przez to, że żyje. Użalanie się nad sobą trwało odrobinę za długo i dało pewnej wrednej bestii czas na podejście naprawdę blisko, zanim Renthold ją zauważył.

Bestia wyszczerzyła zęby i powoli zaczęła się przybliżać. Jej jedyne czerwone oko błyszczało złowrogo. Renthold ocenił wzrokiem odległość do miecza. Wiedział, że nie zdąży. Sięgnął po leżący na ziemi kij. W tej samej chwili bestia skoczyła. Udało mu się ją odepchnąć, ale ostre pazury rozdarły jego ramię. Rycerz oparł się plecami o najbliższe drzewo, nie spuszczając wzroku z potwora. Kreatura tymczasem zamierzała się do kolejnego skoku. W ostatniej chwili Renthold zasłonił się kijem. Zęby potwora zaczęły przegryzać drewno i zbliżać się do gardła ofiary. Człowiek nie miał już siły zrzucić z siebie bestii.

– Przepraszam bardzo – głos rozległ się tuż przy obok. Bestia nie zwróciła na to uwagi. Renthold przez mgłę bólu dostrzegł postać człowieka z czymś w dłoni. – Renthold Bezwzględny, błędny rycerz ostatniej kategorii?

– Uciekaj – wychrypiał. – Uciekaj, póki jest zajęty mną.

– Renthold Bezwzględny? – zapytała postać z odrobinę większym naciskiem w głosie.

– Tak! Uciekaj, na bogów uciekaj!

Postać, prawdopodobnie kobieta, rozwinęła to coś, co trzymała w dłoniach. Popatrzyła na to uważnie, a potem przeniosła wzrok na Rentholda.

– Jesteś pewien? – upewniła się.

– Tak! – wrzasnął Renthold, ostatkiem sił próbując odepchnąć potwora.

– Wolałabym obejrzeć twoje systemy i oprogramowanie, ale niech ci będzie – zgodziła się postać. Podeszła bliżej i poklepała bestię po plecach. – Hej, koniec zabawy. Pa pa.

Potwór odwrócił łeb, popatrzył na nią z zastanowieniem, a potem zeskoczył z Rentholda i poszedł sobie.

Renthold, ociekający własną krwią, osunął się na ziemię. Kobieta pochyliła się, przyglądając mu się z zainteresowaniem.

– Zioła – jęknął Renthold. – Na ramię… Wy…krwawię się.

– Po co od razu być takim pesymistą – odparła. – Nie na darmo przez sześć miesięcy byłam kapłanką Uti-li, bogini uzdrawiania z południa – wyciągnęła dłoń i wykonała kilka skomplikowanych gestów nad jego ranami. Krew natychmiast zaczęła wpływać do nich z powrotem. – Poza tym, nie żebym się czepiała, ale trudno się wykrwawić na śmierć mając w żyłach syntetyk.

Renthold, któremu zabiegi lecznicze zdecydowanie pomogły, przyjrzał jej się uważnie. Wyglądała jak śliczna i głupia pastereczka. No, może poza poplamionym jakimiś substancjami fartuchem. Obok niej, na trawie, leżał rozwinięty pergamin. Napis u góry głosił „Technomagiczny robot polowy – temaborg <Renthold>, schemat prototypu”. Pod spodem widniał rysunek czegoś, co mogło by być Rentholdem widzianym od środka.

Rycerz spróbował sięgnąć po jakąś broń.

– Nie radzę – uprzedziła lojalnie rudowłosa pastereczka. – Przez rok i dwa tygodnie byłam kapłanką krwawej bogini Ahru’ang z Tajemniczej Zaginionej Doliny Pustych Czaszek, Której Nikt Nie Odnalazł, i posiadłam tam pewne umiejętności w dziedzinie mordobicia. A poza tym – dodała – wiem, gdzie masz wyłącznik.

 

– I choć wiem, że nie dane nam będzie nigdy być razem, będę podążać za tobą, nie zważając na okrutne wyroki przeznaczenia, by móc na ciebie patrzeć, bo życie bez spojrzenia twych oczu byłoby dla mnie torturą najgorszą z możliwych – zakończyła łamiącym się głosem Złotowłosa.

Monduel bez słowa przykląkł przed nią, służba pociągała nosami. Ukryta za drzewem Primabella skrzywiła się. Od godziny podążała za ekwipażem, który podążał za Monduelem, a przez ostatnie piętnaście minut wysłuchiwała mów o niespełnionej, szlachetnej miłości i podłym przeznaczeniu, wygłaszanych przez rycerza i pannicę w gieźle. Konkluzja tych przemówień była krótka i prosta: Monduel jedzie, gdzie go instynkt prowadzi, Złotowłosa za nim.

Wampirzyca miała ochotę przegryźć komuś gardo. I rozpłakać się, skoro już mowa o potrzebach. Nie była tylko pewna, czy wampiry płaczą. Łzy kojarzyły jej się z aligatorem.

Monduel wsiadł na konia, a księżniczka do powozu. Ruszyli w drogę. Primabella otuliła się szalem i podążyła za nimi. Wampiry były bardzo wytrzymałe, ale ją zaczynały już boleć nogi. W myślach układała swój list pożegnalny.

… Ludu mój, któryś mnie zdradził!

Wybaczam ci, bowiem uczucie, które nagle przeniknęło mnie serce (które rzecz jasna nie bije już od dawna) dało mi siłę, by wznieść się poza ziemskie przywary i wybaczyć wam, a także popełnić samobójstwo z powodu nieszczęśliwej miłości i przegryźć gardło tej kukle…

…Podli poddani oby was korniki zeżarły!!!!…

…Ukochany,

Zapewne nie zrozumiesz nigdy ogromu mego uczucia, tym bardziej że doprowadziłam do wykrwawienia się na śmierć twojej ukochanej…

…Ty podły zdradziecki draniu!

Dobrze ci tak, bo teraz ta krowa nie żyje i ja tez nie żyję i może dotrze do ciebie, co straciłeś!…

…Moja droga przyjaciółko,

która płaczesz teraz po mnie, oby nigdy nie było co dane odczuć tych cholernych emocji, które pchnęły mnie do tego czynu…

…Pchełko kochana,

wyświadcz mi przysługę i rozmontuj tego drania na śrubki. O to cię proszę pośmiertnie, twoja…

…sami sobie umierajcie wszyscy, z tą kretynką na czele!!…

 

Od pięciu minut Renthold nie dawał prawie żadnego znaku życia i Pchełka zaczęła szukać w planach przycisku RESET.

– To wszystko… – odezwał się w końcu – …jest sztuczne?

Pchełka podniosła głowę znad pergaminu.

– No – przyświadczyła.

– Moje myśli, uczucia, to, kim jestem…

– Zaawansowana cybernetyka technomagiczna. Działo geniusza, moim zdaniem.

Renthold wstał.

– Moje całe życie okazuje się niczym, ja okazuję się zbiorem śrubek, a ty chwalisz szaleńca, który mnie stworzył, po to, żebym cierpiał?!

– Nie który, tylko która – poprawiła Pchełka. – Poza tym to cierpiętnicze nastawienie też jest elementem oprogramowania. I w tobie nie ma żadnej śrubki. Tylko przewody i syntetyczne organy.

Renthold usiadł.

– Właściwie to powinnam cię wyłączyć, ale nie chce mi się targać obudowy do właściciela. Może pójdziesz sam?

– Właściciela?

Pchełka chrząknęła.

– Wytwory rzemiosła nie mają praw osobistych. Oczywiście, jak się okazuje, prawo zwyczajowe nie nadąża za rozwojem cywilizacji, niemniej… jesteś jej.

 

Po kilku kilometrach Primabella doszła do wniosku, ze równie dobrze może sobie usiąść na dachu powozu. Nikt nie powinien zwrócić uwagi na małego, szczelnie opatulonego nietoperza, a ona będzie mogła wreszcie odpocząć. Nie przyszło jej tylko do głowy, że siedząca w powozie księżniczka wygłasza nieustający monolog o swojej nieszczęśliwej miłości. Siedząca na dachu Primabella miała szansę nie tylko odpocząć, ale też zwariować.

 

– Przykro mi – powiedziała Pchełka. – Ale tak to już bywa.

Renthold nie odpowiedział.

– Jeśli nie pójdziesz ze mną, będę musiała cię wyłączyć.

– Gdzie?

– Do niej.

– Wiem, że do niej. Ale gdzie ona jest?

– Aaaa… – Pchełka zastanowiła się. – Nie wiem. Nie byłam tam.

– A ona? Jak się nazywa? Jaka jest?

– Nie wiem – Pchełka wzruszyła ramionami. – Właściwie jej nie znam.

– Więc dlaczego mnie odszukałaś? – zapytał gwałtownie Renthold. – Dlaczego….

– …zniszczyłam ci życie – podpowiedziała Pchełka. – To trochę głupia historia – Renthold patrzył wyczekująco. Pchełka się poddała. – Moja przyjaciółka, Primabella, była głodna i ugryzła tego drugiego. Było drobne spięcie i on się zepsuł. Naprawiłam go, ale musiało mu nawalić oprogramowanie. Możliwe, że usterka doszła też do ciebie. Przez łącza magiczne.

– Ten drugi? – Renthold dopiero teraz zauważył drugi zwój pergaminu. Rozwinął go.

– „Technomagiczny robot pokazowy – temaborg <Monduel>, schemat prototypu” – przeczytał. – „Pokazowy”?

– Bez kompleksów – przetłumaczyła Pchełka, patrząc w inną stronę. Wcześniej porównała sobie oba schematy osobowościowe.

 

Służba rozbijała obóz na noc, podczas gdy Monduel i Złotowłosa wymieniali się frazesami na temat gwiazd, odbijających się w oczach. Primabella sfrunęła z dachu powozu i zmieniła kształt. Potem rozejrzała się za kolacją. Żadna z krzepkich służących nie wyglądała apetycznie. Primabella ugryzłaby anemiczną księżniczkę. A Złotowłosa właśnie, zauroczona pięknem wieczornego nieba, stanęła w cieniu gałęzi.

 

W sakwie Pchełki znalazły się wszystkie narzędzia potrzebne do tego, żeby mechanicznego konia Rentholda przerobić na mechaniczny pojazd odrzutowy, podążający za swoją pamięcią wsteczną. Zdaniem Pchełki coś takiego mogło ich doprowadzić do miejsca, które Renthold mógłby nazwać „domem”. Renthold nie miał zdania na ten temat.

 

Złotowłosa westchnęła, patrząc na gwiazdy. Nagle coś rzuciło się na nią i ugryzło. Złotowłosa wrzasnęła. Monduel poderwał się i rzucił na pomoc damie swego serca. Natarł na przeciwnika i przebił go mieczem.

Ugodzony przeciwnik, cofając się, wszedł w krąg światła rzucanego przez ognisko. Okazał się niesamowicie pociągającą kobieta o czerwonych oczach i ostrych zębach. Wampirzyca wyciągnęła z siebie miecz, którym przebił ja rycerz.

– Niewdzięczny drań! – wrzasnęła i, porzucając po drodze broń, uciekła z płaczliwym skowytem do lasu.

Monduel patrzył za nią z otwartymi ze zdumienia oczami, dopóki wykrwawiająca się Złotowłosa nie zemdlała z tyłu.

 

– Gotowe – powiedziała nad ranem Pchełka, odsuwając z czoła niesforny kosmyk. – Wsiadaj.

Renthold spojrzał na konia. Nie wyglądał inaczej. Wsiadł. Pchełka podniosła leżące na trawie zwoje pergaminu, schowała je do sakwy i odsunęła się.

– Steruje się tak jak wcześniej.

– Nie jedziesz ze mną? – zapytał.

– Eee… nie. Muszę znaleźć Primabellę – pomachała mu i odeszła.

– A ja moje przeznaczenie – powiedział zamyślony Renthold.

– Wiesz – Pchełka odwróciła się – kiedy byłam w sekcie Krwawej Siekiery, nauczyłam się jednej rzeczy: nie ma przeznaczenia. Jesteśmy tylko my.

Renthold lekko uderzył konia piętami. Z kopyt wierzchowca wystrzeliły płomienie i wraz z jeźdźcem uniósł się w powietrze.

Pchełka odeszła, nie oglądając się za siebie.

 

Głęboko w lesie Primabella złapała gałązkę osiki i wycelowała ją w swoje serce. A potem się zastanowiła. Przypomniała sobie miecz, którym Monduel ją przebił.

– Nie dam draniowi satysfakcji – oznajmiła drzewom i złamała gałązkę. A potem zmieniła się w nietoperza i poleciała do domu.

 

– Żegnaj, pani mego serca – Monduel Mężny skłonił się przed księżniczką, która miała kłopoty z wydobyciem odpowiedzi ze szczelnie zabandażowanego gardła. – Musisz wrócić na zamek swego ojca, by medycy mogli ocalić ci życie, w przeciwnym razie wykrwawisz się na śmierć i pozostaniesz tylko drogim wspomnieniem w moim sercu. Ma miłość gna mnie do ciebie, ale słyszę głos mego przeznaczenia, które jest w pobliżu. Żegnaj, ukochana – wsiadł na konia i odjechał.

Obandażowana księżniczka wydawała z siebie jakieś piski. Służący wsadzili ją do powozu, wygasili ognisko i ekwipaż odjechał z powrotem do zamku.

 

Świtało, kiedy Monduel zatrzymał konia na trakcie, u stóp wzgórza. Rozejrzał się z namysłem. Czuł swędzenie przeznaczenia.

Gdzieś na niebie rozległ się warkot i naprzeciw Monduela wylądował koń odrzutowy z Rentholdem na grzbiecie. Obaj rycerze zmierzyli się wzrokiem.

– Czy ty także przybyłeś tu szukać swego przeznaczenia? – zapytał Monduel.

– Nie ma przeznaczenia. Jesteśmy tylko my – odparł Renthold. – I cybernetyka technomagiczna.

W krzakach coś zaszumiało i na trakt wyjrzał potwór.

– Tylko nie wy!! – jęknął Archibald de Trask. – Dopiero co mi język odrósł!! – zakrywając sobie paszczę łapami, wykonał strategiczny odwrót i uciekł na wzgórze.

Renthold odwrócił się do Monduela.

– Ty pierwszy – powiedział. – Nie śmiałbym iść przed kimś tak wspaniałym.

Rycerze zsiedli z koni, wyciągnęli miecze i podążyli za nim. Dotarli do ogromnego tunelu, przez który mogły przechodzić naprawdę wielkie stworzenia. Monduel chciał pobiec w głąb, ale Renthold go zatrzymał.

– Patrz – wskazał skrzynię większą od człowieka, tkwiącą w ścianie. – Myślę, że tędy tam dojdziemy – wszedł do środka.

Monduel po chwili zastanowienia zrobił to samo.

– To tylko skrzynia – powiedział, obmacując ściany. – Nie ma przejścia.

Nagle coś zgrzytnęło i skrzynia zaczęła powoli spadać. Żaden z nich nie zdążył wyskoczyć. Skrzynia zatrzymała się po chwili sama. Rycerze wyszli z niej ostrożnie. Znajdowali się w wielkiej hali pełnej różnych urządzeń. W samym środku brzydka, pokryta szarą łuską kobieta omotywała przewodami coś, co mogłoby być szkieletem gigantycznego smoka. Kiedy ich zobaczyła, zeszła z drabiny.

– Czy jesteś moim przeznaczeniem? – zapytał lekko osłupiały Monduel – czy też gorgoną stojącą na straży tajemnic losu?

– Jestem mechanikiem – odpowiedziała Pelagia. – Nie próbuj mówić mi „mamo”.

Monduel wyglądał na wstrząśniętego.

– Dlaczego? – zapytał Renthold.

– Bo nie mam uczuć macierzyńskich.

– Nie o to pytałem. Dlaczego nas stworzyłaś?

– Smoczy system emerytalny – odpowiedziała Pelagia – to strasznie skomplikowana sprawa.

– Ale dlaczego dałaś nam tyle uczuć, myśli. Jesteśmy jak ludzie.

– Nie jesteście ludźmi – sprostowała Pelagia. Cofnęła się o kilka kroków i spojrzała na szkielet, wypełniający sobą połowę hali. Sięgnęła po pergamin i naniosła kilka poprawek na wykres.

– Ta sterta kości jest dla ciebie ważniejsza niż to, jaką krzywdę nam wyrządziłaś, dając nam myśli, wspomnienia, uczucia, wiarę?! – krzyknął Renthold. Monduel spojrzał na Pelagię jak skrzywdzony szczeniak.

– To – poprawiła chłodno – jest megasmok. Coś naprawdę wielkiego.

– Tak jak my? – zapytał gorzko Renthold.

– Wy byliście dopiero początkiem.

– Jesteśmy – poprawił Monduel.

Pelagia spojrzała na nich, jakby dopiero zauważyła ich obecność. Sięgnęła po małe pudełko, wycelowała je w rycerzy i nacisnęła guzik. Dwie głowy opadły w dół, gasząc światełka w oczach. Pelagia sięgnęła po drugie, mniejsze pudełko. Przyłożyła je do ust i wcisnęła mały przycisk.

– Zapamiętać – powiedziała do pudełka. – Nie udoskonalać modułu osobowości, pozostać przy niezbędnym minimum – nacisnęła ponownie przycisk i odłożyła pudełko. – Juliuszu – zawołała pomagającego jej małego smoka. – Zabierz te dwa i rozmontuj. Będziemy potrzebowali części do Draco-1.

 

Primabella wylądowała na parapecie sali tronowej tuż przed świtem. Przeciągnęła się i zmieniła w humanoida. Kopnęła przechodzącego służącego i usiadła na tronie. Żadnych więcej podróży – obiecała sobie.

Przez uchylone drzwi do sali tronowej zajrzeli byli rewolucjoniści, a obecni członkowie rządu. Nie uwierzyli własnemu szczęściu. Na rano była zaplanowana demonstracja, żądająca przywrócenia monarchii. Rozesłanie kilku gońców sprawiło, że demonstracja zmieniła się w festyn na cześć królowej, a Primabella zabrała się do rządzenia.

Królowała już od trzech dni, kiedy wybuchy w podłej dzielnicy dały znać o powrocie Pchełki. Królowa poszła z wizytą.

Cała pracownia była spowita dymem. Na stole leżało cos, co przypominało oplątany przewodami szkielet. Pchełka siedziała pochylona nad zwojem pergaminu. Na widok wampirzycy podniosła głowę.

– O, jesteś.

– Nie chciał mnie. Wolał blondynkę w gieźle – królowa usiadła na krześle, które wyglądało na niewybuchające. – Cóż, jestem bogatsza o jedno doświadczenie. I mam nadzieję, że tamta krowa wykrwawiła się na śmierć. W przeciwnym razie wypowiem wojnę jej królestwu.

– Naprawdę?

– No. Już wysłałam posłańca, żeby dowiedział się o zdrowie tej tam, Złotonośnej. I armia się szykuje. A co u ciebie?

Pchełka wzruszyła ramionami.

– To, co zwykle.

Primabella wstała i podeszła do szkieletu na stole. Wyglądał na ludzkopodobny, tyle że nie z kości. Wszędzie była masa kabelków. Wampirzyca spojrzała krytycznie na zaczątki wynalazku.

– To ma być strach na wróble?

Pchełka wygładziła leżący na stole zwój pergaminu.

– Na razie – powiedziała. – Ale za parę lat, kiedy zgromadzę potrzebne materiały i opracuję rozwiązania technomagiczne…

 

 

0 comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

four × 4 =